17-18 września 2017

Wylądowaliśmy. 

Ledwo ciepli, trochę bladozieloni. Jedyne na co mieliśmy siły, to odebranie bagaży i złożenie naszych wątłych ciał gdzieś w kącie poczekalni lotniska. Po krótkim letargu, wzbogaconym o listę hitów muzyki pop puszczanej w tle, pojechaliśmy do naszej pierwszej w Australii couchsurfingowej gospodyni – Stephanie. Na swoim profilu CS uprzedziła, że ma ‚clutter’ (czyt. bałagan). Otóż… tak! Była w tym szczera. 🙂

Te dwa dni spędzone w Darwin upłynęły nam na snuciu się po plaży, wizycie w Muzeum Terytorium Północnego, na targowisku Mindil Beach z rękodziełem i muzyką na żywo. Mimo krótkiego czasu i uciążliwej aklimatyzacji, Darwin wydało nam się przyjemne. Ale okazja na lepsze poznanie jeszcze będzie – przed lotem powrotnym.

Targowisko na Mindil Beach
Powoli wracamy do sił
Pierwszy zachód słońca
Mangrove – świetnie przystosowały się do pory suchej i mokrej; ich spryt polega na tym, że stoją na swoich korzeniach
Kamerdyner Szczudłonogi
Miejska „laguna”

☆ Z powodu licznych zagrożeń  (rekiny, krokodyle, meduzy, silne prądy…) kąpiel w oceanie należy do rzadkości, więc w większych miastach alternatywą jest często przyoceaniczny zbiornik/basen.

14-17 września 2017

Pytanie: ile wynosi dystans w lini prostej Zagrzeb – Darwin, a jaki dystans my przelecieliśmy?

Odpowiedź:  (odpowiednio) 12.909 km versus 21.713 km.        

???

– Taki urok urok TANICH biletów – 4 loty.

Zagrzeb – Londyn – Kuala Lumpur – Sydney – Darwin. Oto nasza trasa.

W sumie trudno policzyć ile nam zajęła ta podróż, bo w podniebnych przestrzeniach kilka razy zmienialiśmy strefy czasowe. Jedno co wiemy to fakt, że wystartowaliśmy 14 września, około 12:30 czasu Chorwackiego, a ostateczne lądowanie miało miejsce 17 września chwilę po północy czasu Darwin.

W każdym razie, po drodze był…

LONDYN

​Pogoda iście angielska. Trochę słońca, ale bez przesady. Trochę więcej deszczu, no cóż. Tęcza że hoho, a nawet dwie.

Spacer szlakiem sztampowych miejsc: Big Ben, London Eye, St. Paul’s Cathedral i (widziany z daleka) Tower Bridge. Ach, no i oczywiście herbata (czyt. bawarka) ☺

Oczywiście Big Ben

Oczywiście St. Paul’s Cathedral

Rzeczona bawarka na Holborn street

W jaki sposób kraj z dwoma kranami podbił pół świata?


 

… no i w końcu:

SYDNEY

Odprawa – trochę z duszą na ramieniu – bo ważą się nasze losy: ostateczna decyzja immigration officers czy nas wpuszczą do Australii.

Uff, udało się!!! Teraz 10 godzin czekania na ostatni lot, do Darwin oczywiście.
Wynurzyliśmy się więc, choćby na chwilę, prosto w ramiona australijskiego słońca, trawiąc ten czas w pobliskim parku i zapoznając się z pierwszymi rdzennymi przedstawicielami tego lądu.

Oto szczypcodziobe
…i kakadu, które drą się jak stare prześcieradła. Sroka przy nich to opera.

***

Ostatni lot 

Trochę niefortunny. Nagromadzone zmęczenie… milion wysiedzianych godzin… jedzenie dobre, acz samolotowe… Siły zaczęły nas opuszczać.

A: czułem, że coś mnie ścięło, czułem się rozpalony i nie mogłem patrzeć na jedzenie  (co w moim przypadku oznacza, że coś jest naprawdę nie tak)
J: ja trzymałam się trochę dłużej, ale i mnie dopadło, już w samolocie. Na wszystkie strony, trochę górą, trochę dołem… aż film mi się urwał. Wspaniali stewardzi szybko postawili mnie na nogi. Ot tyle.

13-14 września 2017

Zagrzeb 

Jeśli łapiecie stopa, żeby dostać się do centrum miasta, a przejezdni kierowcy nie tylko się nie zatrzymują, ale i patrzą na was z pobłażaniem… Znaczy to jedno – jesteście tuż obok.
Lepiej wtedy podjąć pieszą, krótką wycieczkę do celu ?

Miasto czarujące i malownicze, otoczone górami, z tajemniczymi uliczkami i pięknym starym budownictwem. Można się tu snuć i błądzić bez końca.
… a wieczór mile spędzony w towarzystwie naszego couchsurfingowego gospodarza – rehabilitanta i slacklinera -Marco.

Na straganie w dzień targowy… Najstarsza bywalczyni Targu Dolac

 

Jedna z tajemniczych uliczek

 

 

 

 

„Burek” w kilku odsłonach zaliczony mniam mniam am mniam

12-13 września 2017        #km: 1071          #stopów: 6

Poszło gładko, bez zbędnych dłużyzn, oczekiwań i przesiadek.

Na pewno osobliwym doświadczeniem była podróż z Łotyszem jego tirem-domem-sterem-okrętem-i-w-ogóle-wehikułem-czasu sprzed 50 lat. Były tam wszystkie „zapachy” i kurze zebrane z miliona przebytych kilometrów (dosłownie). Słuchając jego opowieści, czuliśmy się jak w „Spaleni słońcem” Michałkowa.

Sowiecki herbatnik rodem ze Sputnika