30 września – 4 października    #stopów: 0      #km: 8

Magnetic Island. Wypatrzyliśmy ją już w Townsville. Promem to jakieś pół godziny, a człowiek przenosi się do innego świata… do zielonej, łagodnie górzystej krainy z olbrzymimi głazami i wyludnionymi (często dzikimi) plażami.

Nie raz zboczyliśmy ze szlaku, żeby wspiąć się na takie okazy
Trochę jak Monty Python
Słup elektryczny na kolorowo – częsty widok w Australii

X BASE Backpackers (hostel plus kemping). Brzmi nieźle. To musi być coś dla nas. Nawet cena kusi… i basen! A to wszystko z widokiem na zatokę…
…aż tu szok i niedowierzanie! 😉
Pojęcie „backpackera” przyjmuje nowe oblicze.
     Otóż: „backpacker w Australii” ma:
      – 120-litrowy plecak lub walizkę na kółkach, bo przecież trzeba gdzieś upchać wszystkie kosmetyki, perfumy, lokówko-prostownice,  wieczorowe kreacje i błyszczące ‚sneakersy’;
      – plecak z przodu, pewnie na karty kredytowe, ipada i zestaw ładowarko-powerbanków;
      – koniecznie doczepiona (bo do plecaka już nie wejdzie) poduszka do spania w samolotach – to przecież ABC każdego backpackera.

Także zastanawiamy się nad naszym statusem w społeczności podróżniczej 🙂
Mimo wszystko spotykamy też takich ludzi jak Max, „waleczny i pomocny rycerzyk” z Norwegii, który wyciągnął nas z małej opresji. Wspaniałe!!!

Tu ściągają prawdziwi backpackerzy ☺
…i nieproszeni goście

Pierwszy dzień na wyspie, a już napotkaliśmy koalę (pierwszego). Niestety mimo naszych usilnych prób nawiązania kontaktu, miś pozostał wobec nas (i całego świata) KOMPLETNIE obojętny.
Zrobiliśmy również trek po odosobnionych plażach wyspy i zwiedziliśmy imponujący fort z baterią przeciwmorską (wykorzystany podczas II wojny światowej w walkach z Japończykami). I tu była druga szansa zaznajomienia się z koalami. Nieco bardziej owocna.
Ostatecznie magia (i magnetyzm) tej wyspy sprawiły, że zostaliśmy tam dłużej niż planowaliśmy.

Widok na część fortu

To ten bardziej interaktywny

„Miasto Krabów” w skali makro…
…i mikro
Runy – nie runy

28-30 września 2017  #stopów: 1    #km: 383

Jeden strzał i czarujący kierowca bez zęba na przedzie dowozi nas swoją ciężarówką do jakże innej strefy klimatycznej. Oceanie Spokojny, witaj! Temperatura niższa o 10’C, bryza z oceanu i już człowiek odradza się na nowo. 


Ocean Spokojny po raz pierwszy

Rzeźba aborygeńskiego artysty, a w tle: niewyględny, ale dość charakterystyczny budynek

Townsville: miasto ciekawe z dominującą po środku Castle Hill (286-metrowa góra z punktem widokowym; oczywiście nie usiedzimy na tyłkach, więc odhaczamy ją następnego dnia). Jest i Rockpool, czyli basen z filtrowaną wodą oceaniczną dla ochłody. Jest i promenada wzdłuż wybrzeża, która wczesnym wieczorem zapełnia się biegaczami, joginami, spacerowiczami, rodzinami obiadującymi przy barbecue, turystami, muzykami itd.

Castle Hill

Park krajobrazowy wzdłuż wybrzeża oceanu
Forma spędzania wolnego czasu numer 1 w Australii
W tle: Rockpool – chwilowo nieczynny ze względu na kwitnące algi.
Ostrzeżenie przed meduzami

☆ w całej Australii bardzo powszechne jest grilowanie, więc w parkach, na kempingach i w przestrzeniach miejskich są ogólnodostępne stanowiska do barbecue (w australijskim slangu ‚barbie’).

To nie pocztówka – trafiliśmy tam naprawdę ☺
Zbliżający się finał rugby (sportu narodowego) – tak tutaj dopingują swoich. Go Cowboys!
…a wieczorami na kempingu odwiedzał nas opos

26-28 września 2017   #stopów:2    #km: 1699

„Tu asfalt się kończy, a zaczyna blues
Na płocie list gończy i po prostu luz” (Sł: Adam Ziemianin)

Hughenden. Żar leje się z nieba (tak, tak, to już było), gorące powietrze rozmywa obraz, a zastygły wiatrak z minionej epoki patrzy z góry na uśpione miasto. Szerokie ulice i drewniane werandy sprawiają, że czujemy się jak w westernie. Brak tylko dźwięków płynących z ‚saloonu’ i wystrzałów „w samo południe”… I mimo, że doświadczamy tu najwyższych temperatur w naszej dotychczasowej podróży  (32’C o 10:00 rano), to jednak magia tego miejsca sprawia, że zostajemy tu dwie noce.

Typowa kolonialna drewniana architektura z charakterystycznymi werandami… aż żal, że niszczeje


   

Whaaaaaat?
W outbacku w okresie suchym wiele rzek istnieje tylko na mapach
‚Comet’ – wiatrak sprzed ponad stu lat. Wizytówka Hughenden

25-26 września 2017


Po pierwszej niewinnej, bo kilkukilometrowej podwózce, nadarza się okazja, której wyjątkowości nawet nie przeczuwamy. Podjeżdża biały Land Cruiser wyładowany gratami po sufit. Jak się okazuje, kierowca Jason zmierza do Melbourne (na południu), ale… przez Queensland (na wschodzie). I w ten oto sposób trafia nam się najdłuższy stop w naszym życiu. ?

O Jasonie: farmer, pisarz, trochę ekscentryczny i zmanierowany, ale dzięki jego wiedzy i otwartości dowiadujemy się sporo o Australii. W końcu to ponad 30-godzinna podróż (na tyle długa, że docieramy do nowego stanu). Któżby się spodziewał, że będziemy przemierzać bezdroża Północnego Terytorium w poszukiwaniu jeziora (nieistniejącego, jak się okazało)! Jak również spać pod gwiazdami „gdzieś-nigdzie”… Chrzest ‚bush campingu’ mamy za sobą.

Jak widać, jeziora nie widać…
…ale znaleźliśmy za to wodopój dla bydła
O wschodzie na wschód. Dzień drugi
Typowy widok „outbacku”

23 – 25 września 2017 #stopów: 2   #km: 108

Z Katherine wydostać się nie łatwo… No więc kiedy już nadarza się okazja, bez wahania zabieramy się (tak dla odmiany ?) starym vanem z Japończykami, mimo że jest to tylko 20 km do przodu. Po środku niczego. Czyli robimy to, przed czym wszystkie przewodniki przestrzegają.



I rzeczywiście. Wysiadamy na skwierczącej autostradzie. Nasi dobroczyńcy znikają gdzieś w bocznej piaszczystej drodze, a na horyzoncie pustka. Dobiega nas woń rozkłającej się walabii…
I tu szczęście głupiego: z czającej się opresji wyciąga nas para Czylijczyków, pracujących na farmach mango.

☆ Bardzo wielu młodych ludzi z całego świata przyjeżdża do Australii na ‚working’ wizie i sporo z nich pracuje na farmach i plantacjach.

Mataranka – tu podmuchy powietrza z asfaltu palą bardziej niż samo słońce. Uff… Szczęśliwie nasz budżet i upór sprawiają, że nie decydujemy się na pierwszy, bliższy kemping i prowadzą nas do kolejnego 10 km dalej (za sprawą tej samej pary z Czile). Do jakże osobliwego i na swój sposób czarującego miejsca.
Roper Park, trochę jak rustykalny, australijski Dziki Zachód. Trochę czas się tu zatrzymał. Mają swoje zwierzęta, z czego każde ma imię (poza świnkami, które niestety za szybko są zjadane).

Wciąż na chodzie

   

   

Szczęśliwie też okazuje się, że z Roper Park mamy bliżej do gorących źródeł, śmierdzących nietoperzy i ciekawej trasy wzdłuż suchego (okresowego) koryta rzeki.

Gorące źródło o temp. 34’C

   

   

Uśpiona rzeka w oczekiwaniu na mokrą porę…

   

…której siłę widać w sąsiednim korycie.

   

Mimo absolutnego zakazu (krokodyle), skwar i przejrzystość wody zmusiły nas do ultraszybkiej kąpieli

   

Sól na glebie – być może pozostałość po okresowej wodzie, która nawet w centrum Australii potrafi być słona.

   

  

Co było pierwsze: kopiec czy drzewo? Niewiadomo. Tu w wersji czerwonej…
…tu w wersji wystrojonej ? Nierzadko można spotkać takie przydrożne kopce. To raczej tylko forma „street artu”

 

  

22 -23 września 2017       #stopów: 4    #km: 279

Kierunek: Katherine

☆ Road train, czyli postrach dróg w całej prawie Australii. Te gargantuiczne TIRy osiągają długość do 53 m i każdy kierowca wie, żeby mijać je szerokim łukiem, tym bardziej że kamienie spod ich opon często uszkadzają przednie szyby. 


Niespodziewanie, bo już z samego campingu łapiemy pierwszego stopa. Przemiła rodzina z Adelaide, która – jeśli dotrzemy w tamte strony – zaprasza nas pod swój dach.
Kolejny odcinek pokonujemy z Tasmanką, która również zaprosiła nas do siebie, jeśli dotrzemy na jej wyspę. ?
Ach…. ach!!! Kto jeszcze, dokąd jeszcze?
No i stoimy już na Stuart Hwy na swoich cieniach. Słońce w zenicie. Aż tu niespodziewanie zajeżdża zawadiacko stary van. Zaraz,  zaraz. Przecież chwilę temu taki sam nas minął. Podchodzimy, a tam rodzina Aborygenów i ich świeżo zerwane mango.
– Hej! Widzieliśmy was i zawróciliśmy. Robi się naprawdę gorąco… ‚pop in’ (wskakujcie)!
Czyż to nie urocze? 

O samym Katherine – niewiele, choć niestety uderzyła nas w oczy dość liczna grupa głośnych, kłótliwych i… pijanych Aborygenów. Okazuje się, że większość z nich dostaje co 2 tygodnie zasiłek od państwa i po prostu przepija go lub wydaje na inne używki. Chyba nie radzą sobie z zachodnim stylem życia. Smutne…

3 lokalne piwa przetestowane (przez Adama oczywiście). Całkiem, całkiem. Co ciekawe, w Australii piwa rzemieślnicze też zdobywają rynek.

Tylko tyle w temacie Katherine ☺

19 – 22 września 2017     #km: 139         #stopów: 7 

Pierwsze  (auto)stopy na Nowym Kontynencie. 

Z pełnym ekwipunkiem, butlą gazową, zapasem wody i jedzenia na 3 dni ruszamy do Litchfield Park.
Dlaczego nie bardziej znany Kakadu National Park? Przecież ogromny on i piękny…
Odpowiedź jest prosta: Kakadu NP zajmuje obszar 20 tys. km kwadratowych; żeby go przymierzyć, jakkolwiek, potrzebny jest samochód  (najlepiej 4WD) i zapas wody i jedzenia na… tydzień?
Dla porównania: Litchfield Park ma 1,5 tys. km kwadratowych, czyli: do pokonania autostopem:)
Także idąc za myślą lokalesów: Litchfield – DO, Kaka – DON’T ☺

„Mądrość Buszu: zwolnij, wyluzuj i ciesz się chwilą”

A więc pierwsze koty za płoty. Zdobyliśmy park w pięciu odcinkach, z czego ostatni był najciekawszy. Kobieta, która nas zgarnęła współpracuje z organizacją wspierającą aborygeńskie dzieci. Co więcej, aktualnie stara się o adopcję jednego z nich, mimo że sama jest już babcią. (Trzymamy kciuki!)
Dowiedzieliśmy się trochę o Aborygenach – są przemiłymi ludźmi. Poczucie własności i potrzeba posiadania praktycznie dla nich nie istnieją. Liczy się jedynie rodzina.
No więc ta sympatyczna pani nie dość że zboczyła z trasy, żeby dowieźć nas na miejsce, to jeszcze po ‚nie-drodze’ zabrała nas do królestwa termitów.

Najokazalszy z okazów

Słowo o Litchfield Park.
Szeroki płaskowyż piaskowca otoczony klifami i wodospady spływające z ich krawędzi.
Słów nie starcza, niech oddadzą to zdjęcia…

Woda jak kryształ!

Kolejne kąpiele w drodze do Wangi Falls…

Po dniu spędzonym nad malowniczymi i krystalicznie czystami Florence Falls i Buley Rockhole, zmierzamy do Wangi Falls – kolejnego zaskakującego miejsca w Litchfield Park.
Stopem, a jakże. Na liczniku 130 km/h.
ADAM: Nie ma tu gliniarzy?
KIEROWCA: Ja jestem gliną, a co?
A: Aaa… yyy… nic. Zastanawiam się tylko nad kontrolą prędkości…
K: No worries, jestem przeszkolony w szybkiej jeździe!

Docieramy do Wangi Falls, wg Adama najśliczniejszego wodospadu na świecie. Dwa główne nurty spadającej wody z wysokości 50 m do sporego jeziorka, otoczonego klifami, lasami pełnymi nietoperzy i… dzikich świń. ?

U szczytu wodospadu
Z głową w chmurach

Nasze pierwsze spotkanie z torbaczami: kangur rdzawoszyi czyli walabia