22 -23 września 2017       #stopów: 4    #km: 279

Kierunek: Katherine

☆ Road train, czyli postrach dróg w całej prawie Australii. Te gargantuiczne TIRy osiągają długość do 53 m i każdy kierowca wie, żeby mijać je szerokim łukiem, tym bardziej że kamienie spod ich opon często uszkadzają przednie szyby. 


Niespodziewanie, bo już z samego campingu łapiemy pierwszego stopa. Przemiła rodzina z Adelaide, która – jeśli dotrzemy w tamte strony – zaprasza nas pod swój dach.
Kolejny odcinek pokonujemy z Tasmanką, która również zaprosiła nas do siebie, jeśli dotrzemy na jej wyspę. ?
Ach…. ach!!! Kto jeszcze, dokąd jeszcze?
No i stoimy już na Stuart Hwy na swoich cieniach. Słońce w zenicie. Aż tu niespodziewanie zajeżdża zawadiacko stary van. Zaraz,  zaraz. Przecież chwilę temu taki sam nas minął. Podchodzimy, a tam rodzina Aborygenów i ich świeżo zerwane mango.
– Hej! Widzieliśmy was i zawróciliśmy. Robi się naprawdę gorąco… 'pop in' (wskakujcie)!
Czyż to nie urocze? 

O samym Katherine – niewiele, choć niestety uderzyła nas w oczy dość liczna grupa głośnych, kłótliwych i… pijanych Aborygenów. Okazuje się, że większość z nich dostaje co 2 tygodnie zasiłek od państwa i po prostu przepija go lub wydaje na inne używki. Chyba nie radzą sobie z zachodnim stylem życia. Smutne…

3 lokalne piwa przetestowane (przez Adama oczywiście). Całkiem, całkiem. Co ciekawe, w Australii piwa rzemieślnicze też zdobywają rynek.

Tylko tyle w temacie Katherine ☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *