25-26 września 2017


Po pierwszej niewinnej, bo kilkukilometrowej podwózce, nadarza się okazja, której wyjątkowości nawet nie przeczuwamy. Podjeżdża biały Land Cruiser wyładowany gratami po sufit. Jak się okazuje, kierowca Jason zmierza do Melbourne (na południu), ale… przez Queensland (na wschodzie). I w ten oto sposób trafia nam się najdłuższy stop w naszym życiu. ?

O Jasonie: farmer, pisarz, trochę ekscentryczny i zmanierowany, ale dzięki jego wiedzy i otwartości dowiadujemy się sporo o Australii. W końcu to ponad 30-godzinna podróż (na tyle długa, że docieramy do nowego stanu). Któżby się spodziewał, że będziemy przemierzać bezdroża Północnego Terytorium w poszukiwaniu jeziora (nieistniejącego, jak się okazało)! Jak również spać pod gwiazdami „gdzieś-nigdzie”… Chrzest 'bush campingu' mamy za sobą.

Jak widać, jeziora nie widać…
…ale znaleźliśmy za to wodopój dla bydła
O wschodzie na wschód. Dzień drugi
Typowy widok „outbacku”

23 – 25 września 2017 #stopów: 2   #km: 108

Z Katherine wydostać się nie łatwo… No więc kiedy już nadarza się okazja, bez wahania zabieramy się (tak dla odmiany ?) starym vanem z Japończykami, mimo że jest to tylko 20 km do przodu. Po środku niczego. Czyli robimy to, przed czym wszystkie przewodniki przestrzegają.



I rzeczywiście. Wysiadamy na skwierczącej autostradzie. Nasi dobroczyńcy znikają gdzieś w bocznej piaszczystej drodze, a na horyzoncie pustka. Dobiega nas woń rozkłającej się walabii…
I tu szczęście głupiego: z czającej się opresji wyciąga nas para Czylijczyków, pracujących na farmach mango.

☆ Bardzo wielu młodych ludzi z całego świata przyjeżdża do Australii na 'working' wizie i sporo z nich pracuje na farmach i plantacjach.

Mataranka – tu podmuchy powietrza z asfaltu palą bardziej niż samo słońce. Uff… Szczęśliwie nasz budżet i upór sprawiają, że nie decydujemy się na pierwszy, bliższy kemping i prowadzą nas do kolejnego 10 km dalej (za sprawą tej samej pary z Czile). Do jakże osobliwego i na swój sposób czarującego miejsca.
Roper Park, trochę jak rustykalny, australijski Dziki Zachód. Trochę czas się tu zatrzymał. Mają swoje zwierzęta, z czego każde ma imię (poza świnkami, które niestety za szybko są zjadane).

Wciąż na chodzie

   

   

Szczęśliwie też okazuje się, że z Roper Park mamy bliżej do gorących źródeł, śmierdzących nietoperzy i ciekawej trasy wzdłuż suchego (okresowego) koryta rzeki.

Gorące źródło o temp. 34’C

   

   

Uśpiona rzeka w oczekiwaniu na mokrą porę…

   

…której siłę widać w sąsiednim korycie.

   

Mimo absolutnego zakazu (krokodyle), skwar i przejrzystość wody zmusiły nas do ultraszybkiej kąpieli

   

Sól na glebie – być może pozostałość po okresowej wodzie, która nawet w centrum Australii potrafi być słona.

   

  

Co było pierwsze: kopiec czy drzewo? Niewiadomo. Tu w wersji czerwonej…
…tu w wersji wystrojonej ? Nierzadko można spotkać takie przydrożne kopce. To raczej tylko forma „street artu”