4 – 13 października        #stopów: 4          #km: 377

4 października – Droga do Cairns

Nie sposób tego pominąć. Jak wiadomo, podróżowanie stopem niesie ze sobą wspaniałe ryzyko:
    a) poznania ciekawych i pozytywnie zakręconych ludzi;
    b) chwilowego zboczenia z planowanej trasy lub całkowitej jej zmiany.

W tym przypadku oba aspekty splotły się w jedną, jakże zwariowaną całość. Wystarczyło, że zgarnął nas z trasy temperamentny Italiano, ba! Sycylijczyk Stefano z Francuzką Marie i przygarniętym Niemcem Enrico (którego samochód chwilowo zaniemógł). Mało? No to jeszcze dwa młode, ale rosłe psy – krzyżówka dingo (Australijczycy zwykli je usypiać z obawy o dziką naturę; te dwa ktoś porzucił, a Stefano je przygarnął). Jak już się upchnęliśmy do środka z pieskami na kolanach, okazało się, że rozkoszna ekipa nie do Cairns, a do Cristal Falls zmierza. I tak oto wylądowaliśmy w najlepszym dla nas, na tamtą porę dnia, miejscu. Nic, że jakieś 15 km od naszej trasy. Dla ochłody, widoków i relaksu? Zawsze warto!

Dalej w drogę z widokiem na pola trzciny cukrowej

Do Cairns dotarliśmy po zmroku, więc zatrzymaliśmy się na pierwszym lepszym kempingu (mimo nieczynnej już recepcji).

   

5 października – Matka Polka

Rano (póki recepcja jeszcze nieczynna) w ostatniej nadziei, że uda się nam załatwić nocleg po znajomości, namierzamy wi-fi. A tam… wiadomość na fejsbuku od Izy G.: MACIE MIEJSCÓWKĘ W CAIRNS! Jak w kalejdoskopie – pędem na kemping, szybkie pakowanie (recepcja wciąż nieczynna) i biegiem do mieszkającej szczęsliwie nieopodal Oli (kuzynki znajomego Adama, Kuby G.) z Rolandem, Anną i Sammy’m.

Nooo i się zaczęłoooo.
Ola, spragniona rodaków, na powitanie przytuliła serdecznie dwie „obce gęby”, oprowadziła po super-domu, ugościła wręcz hotelowo, kazała jeść i pić wszystko, co tylko chcemy, wręczyła klucz do domu (kod do wi-fi również) i popędziła na kurs jazdy. 

Natychmiast ochrzciliśmy ją „Matka Polka” 😀

Oto Sammy
Spacer wzdłuż promenady. Chętnych do kąpieli w lagunie po zmroku nie brakuje
Mozaikowy deptak…
…i gra świateł w koło

   

6 października – Rainforest

Odwiedzamy imponujący ogród botaniczny, gdzie po raz pierwszy w Australii stykamy się z lasem deszczowym. Jest gęsto, zielono, parno… A komary nie próżnują.

☆ rainforest – wiecznie zielone, deszczowe lasy strefy międzyzwrotnikowej; ogromne bogactwo drzew, których wysokość dochodzi do 80 metrów; okolice Cairns są jednym z nielicznych miejsc w Australii, gdzie występują takie lasy.

A wcale, że nie z wosku!

Żółty jesienny lyść drzewa tekowego (w tle)

   

7 października – Targowisko

W życiu nie ma nic za darmo. 😉 W ramach wdzięczności zaoferowaliśmy naszym gospodarzom wszelką pomoc, która bez wahania została przyjęta przez rezolutną Matkę Polkę. Także pobudka. Pyszne tropikalne śniadanie wg receptury Oli…

Papaja skyberry, papaja hawaiian, rollinia, ananas, jagody, passion fruit, migdały prażone w tamari, chocolate burkini i wiórki kokosowe

…i hajda do roboty. Ale jakiej!
Wylądowaliśmy na Rusty’s Market, czyli wielkim targowisku, gdzie jest mydło i powidło, z przewagą różnorodnej żywności. A w tym wszystkim Real Food Network, czyli organizacja kładąca nacisk na lokalną, organiczną (nierzadko biodynamiczną) żywność, sprowadzaną tylko od lokalnych farmerów. Najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że ludzie chętnie kupują te produkty (mimo często wyższych cen), a farmerzy dostają godziwe stawki, przez nikogo nie narzucane. I to naprawdę działa. Oby tak dalej!
I tu właśnie przyłączamy się my, pomagierzy Rolanda – partnera Oli, podróżnika i fascynata ekologicznie zrównoważonego rolnictwa; jednego z czołowych działaczy Real Food Network.

Za sterami Roland
Na garach – młodszy majtek J

   

8 października – Jezioro Eacham

Ola zwołała australijską „polonię” – znajomych spod Cairns: Dominikę, Jarka, Konrada i małego Antona – i pojechaliśmy piknikować nad jezioro, gdzie czas miło płynął. Dzięki Konradowi była okazja do ‚free divingu’ (nurkowania bez butli) – Adam nie omieszkał.

Nasza gospodyni Ola

Polonia na pikniku

Bocianie gniazdo z paproci

W ostatnich przebłyskach dnia postanowiliśmy odwiedzić ‚domostwo’ dziobaków. Niestety… zanim się wszyscy popakowaliśmy, nastał zmrok i dziobaki poszły spać. Ale nie ma tego złego. W zamian postanowiliśmy kontynuować piknik, tym razem nocny, w bagażniku jednego z samochodów. Oj, było wesoło! 🙂

   
9 października – Czerwony. Zielony. Niebieski.

Z ogrodu botanicznego ruszamy w trasę trzema kolejnymi szlakami. Mamy kawałek do przejścia, bo ścieżka wiedzie obrzeżem Cairns. Jednak siłą napędową jest pragnienie spotkania kazuara. Niestety, bez skutku. 🙁

☆ kazuar – ptak nielot, przypuszczalnie należący do prehistorycznych emuariusów (przodków emu), wysokość do 170 cm. Osadzony na masywnych nogach, wyposażonych w trzy palce z pazurem służącym jako broń. W przypadku kontaktu z ptakiem, należy: zasłonić klatkę piersiową (najczęstsze pole ataku) jakimś przedmiotem i powoli się wycofywać, nie spuszczając go z oczu. 

Tree grass – najpierw wyrasta czupryna, a potem przybywa jej pnia

   

10 października – Wielka Rafa

Jeśli nurkować (a w Australii przecież trzeba), to czemu by nie z najtańszą i przez wszystkich lokalesów odradzaną ekipą Compass Cruises, w powolnej, najstarszej i najbardziej chybotliwej łajbie? No to płyniemy!
Faktycznie. Z lewej i prawej burty migiem wyprzedzają nas chyba wszystkie pozostałe łodzie z portu. My za to mamy wyluzowaną załogę wraz z zaprzyjaźnionym Stevem, pyszne jedzenie i winko la laa la lalaaa…
Jak to zazwyczaj bywa na takich rejsach, w planie (oprócz jedzenia i winka la laaa lala) są 2 zejścia do wody. Nasze wrażenia:
A: Było elegancko, chociaż zejścia były krótkie i płytkie. Widoczność mniejsza niż 15 metrów, a rafa miejscami umiera.
J: Mimo braku jakiegokolwiek doświadczenia, podjęłam próbę nurkowania (z pełnym ekwipunkiem i instruktorem). Niestety ciśnienie w moim uchu mówiło STOP! Także pozostało mi bezwiedne dryfowanie na powierzchni oceanu z maską, rurką i płetwami (snorkelling) powiedzieć zużytymi, to nic nie powiedzieć. Ale i tak co zobaczyłam, to moje. Piękne formacje i kolory (gdzieniegdzie). Pierwsze koty za burty!

„Jedyny właściwy garnitur, to mokry garnitur” (czyt. pianka do nurkowania)

Proszę państwa, oto Steve
Nikt nie mówił, że będzie lekko
No to jeszcze na zwieńczenie takiego dnia – przystanek nad laguną

   

11 października – Wokół Cairns

Środy to dzień, kiedy ktoś z ekipy Real Food rusza ciężarówką na całodzienny objazd po wszystkich lokalnych, zaprzyjaźnionych farmach w celu zakupienia produktów na stoisko. A my mamy tę przyjemność i towarzyszymy Rolandowi w tej wyprawie, usprawniając trochę cały proces. Dla nas to nie tylko praca, ale i wspaniała okazja poznania procesu zaopatrywania rynku zdrowej żywności od zaplecza.

Komu w drogę…
Ka Ka Owiec 🙂
Kto myślał, że ananas rośnie na palmie, ręka do góry!

Kawa z plantacji Skyburry

   

12 października – Kuranda    #stopów: 2        #km: 40

Wycieczka do Kurandy już od 120 dolarów od osoby. My zamknęliśmy się w 10 za osobę. Można? Można! 🙂
Małe miasteczko nieopodal Cairns (około 20 km), była mekka hipisów, wciąż skupiająca wyrobników wszelkiej maści. Urocze miejsce, bo i rzeka tu, i olbrzymi wodospad, i zaczarowany dworzec kolejowy.

I tym razem kazuar się nie objawił
Woody vine – kawał porządnej liany

To ta opcja za 120$
Dziwy natury