13 – 17 lutego Ko Chang

Nie będziemy się tu zbytnio rozpisywać. Wylądowaliśmy w miejscu, gdzie powietrze jest przejrzyste i pachnie zielenią, zamiast miasta szumi morze Andamańskie, a czas zdaje się płynąć wolniej. Dwa sklepiki, szkoła, Sunday market, zero samochodów.

Zwalniamy! Zapraszamy na Wyspę (Ko) Słonia (Chang).

Liściaste paczuszki z niespodzianką (sticky rice + mango/kokos/mleko kokosowe/banan/…). Na drugim planie SLOW boat, która, miejmy nadzieję, dowiezie nas na drugi brzeg.
A na miejscu przypadkowa podwózka do naszego bungalow’a o bezbłędnej nazwie Sunset.
Morning glory – szpinak wodny, chili, orzeszki, czosnek, sos sojowy. PYCHA!!!
Sto odcieni zieleni. Bez retuszu 🙂
Plantacje kauczukowca to częsty widok w Tajlandii.

Samozwańcza szkółka kokosowa.

Odwiedziliśmy wioskę Mokenów, pierwotnie zamieszkujących tę wyspę. Wszędzie śmieci, brudna woda, bieda i smartfony. Dość przygnębiający widok.
Birmanki od dziecka mają malowane twarze sproszkowaną korą z drzewa thanaka. Ponoć na piękną cerę.
Mai – właściciel New Shop, gdzie mydło, powidło i wacha.
A co niedzielę w New Shop zbierają się lokalesi na oglądanie Muay Thai i zakłady.
Happy Valentine’s Day na Ko Chang okazało się niezłą imprezą. Były m.in. wybory Miss. Oto trzy kandydatki. Znajdź jeden niepokojący szczegół.
Cała wyspa w jednym miejscu. Zabawa do północy i dalej.
A bawią się wszyscy! Barmani również.

Mamy podejrzenie, iż kraby próbują się porozumieć z nami za pomocą pisma klinowego. Podejrzewamy, iż może to być coś w stylu: „poskudne farangi nie deptać naszych domków”. Ale to nic pewnego.

Lody! No co?!
Gospodarze Sunset w wolnym czasie pogrywają w birmańską grę.
Niezapowiedziana wizyta skorpiona w naszej łazience.
A skoro Sunset…
…to sunset.

10 – 13 lutego Khao Sok

Jeden z najstarszych lasów deszczowych na świecie. Ok. 160 mln lat. Już samo to robi wrażenie. A jeszcze dołączyć do tego widoki… Nas zachwyciło!

A wszystko za sprawą znajomego – Grzesia (big up!), któremu, jak się okazało, deptaliśmy po piętach i który polecił nam to miejsce. 🙂

Nasz domek na kurzej łapce – bungalow z widokiem na bezkresną zieleń…
…i jego okolice.
Pan Warzywko. Dynia i kukurydza z własnego ogródka.
Sami lokalesi – kot i piwo.

Czas na wyprawę domniemanym szlakiem. Podczas pory deszczowej powstaje wiele alternatywnych ścieżek, więc nie trudno o zbłądzenie.

Langur na przejściu dla… pieszych.
Meranti. Najpiękniejsze drzewo świata (subiektywnie) i najwyższe drzewo lasów tropikalnych (obiektywnie). 😉
I w końcu pierwsza nagroda dla najwytrwalszych – kąpiel w wodospadzie.

Nie ma lekko!

I jeszcze ostatnia niespodzianka na szlaku – Oriental Whip Snake (wcale nie przewrotnie: Wąż Bicz).

Ostatnie spojrzenie na górę, u stóp której spaliśmy.

Festiwal Phra Nakhon Khiri

(patrz: wpis z Petchaburi)

No więc ślepej kurze trafiły się występy, śpiewy, teatr cieni, pokaz rzemiosł i tradycyjnych strojów z tego regionu oraz rękodzieło.

Mało? No to jeszcze pokaz sztucznych ogni!

Widok na górę pełną festiwalu. Nadchodzimy!

Coś więcej niż płaskorzeźba.
Intarsja, aż łeb urywa.
Złotem malowane.
Wspomniane stucco.

Biała pagoda, widoczna też na pierwszym zdjęciu.
Bambus nafaszerowany sticky rice z czerwoną fasolą i owocami. Najpierw pieczony na żarze, potem rozłupany toporkiem. Gorący, gotowy do spożycia, tym bardziej, że na ryżu zostaje cienka błonka z wnętrza bambusa trzymająca wszystko w zgrabnym „balasku”. 🙂
Dziewczyny siedzą na zapadniach nad beczkami pełnymi wody. Celem jest trafić piłką w tarczę, wtedy … wpadają do środka. Taka rozrywka też się znalazła. Niestety.
Wprawdzie parada rozpoczynająca festiwal nas ominęła, ale przypadkiem trafiliśmy na postój imponujacych platform.

7 – 9 lutego Petchaburi

To niewielkie miasteczko z rzadka nawiedzają turyści, dlatego też samemu łatwo stać się tu ciekawym obiektem „one photo”.

I znów! Jak ślepej kurze ziarno wbijamy na największy festiwal w mieście trwający, bagatela, 10 dni (patrz: następny post).

Tu się śpi. Miejsce z duszą jak jego właściciel Tom. Hostel, knajpka i galeria w jednym i to nad rzeką.
Golibroda – bolibroda. 🙁

Lody po tajsku: buła i trzy gały. Wspaniałe miejsce i właścicielka z otwartą głową (zna pojęcie recyklingu i wciela je w życie).

Phra Nakhon Khiri – pałac zimowy z całym przybytkiem Ramy IV.

Charakterystyczne misterne zdobienia techniką stucco na jednej ze świątyń króla.
A takie widoki miał on. Na miasto całe.
Nektar bogów na okrągło.
Zwykły normalny dzień na zwykłej poczcie.
„Mama mnie wcale nie slucha!”
Jest ich tu mnóstwo i tak różne jak na obrazku. Wszystkie do wytarmoszenia.

6/7 lutego Północ – Południe

Bez ogródek: kupujemy najtańsze bilety na pociągi na trasie Chiang Mai – Bangkok, Bangkok – Petchaburi. Żadne tam ą ę pierwsza klasa i żaden tam Special Express. Po prostu zwykły Ordinary, trzecia klasa. A co!

Byliśmy jedynymi farangami w tej części pociągu. I.. może trochę niewygodnie i trochę długo (ok 20 godz), za to widoki za oknem i wrażenia niezapomniane.

6 lutego Słonie

Prowincja Chiang Mai to również rejon, który słynie ze słoni. Niestety wiele agencji oferujących związane z nimi atrakcje wykorzystuje te zwierzęta pod publikę i ku uciesze farangów (zachodnich turystów); np. poprzez ujeżdżanie.

My, wiedząc o tym, nie zamierzaliśmy przykładać do tego ręki. 🙂 Szczęśliwie Brokat i Lolka (patrz: wpis Chiang Mai) wyszukali i przetestowali takie miejsce, którego celem jest ratowanie (np. z cyrku) i opieka nad słoniami. Co więcej, korzysta na tym lokalna społeczność, pracując dla Elephant Jungle Sanctuary.

Śniadanie. Słonie większość czasu spędzają na jedzeniu (wynika to z faktu, iż nie mają żołądka). Zajmuje im to ok 20 godz. na dobę. Resztę czasu śpią.
„No food, no friend”

Mahout to opiekun słoni. Zazwyczaj spędza z nimi 24 godziny na dobę, dzięki czemu słonie bardzo się przywiązują i traktują go jak przyjaciela rodziny.

Najlepsze przysmaki to banany i trzcina cukrowa.

Pomocnik z lokalnej wioski w „sanktuarium” pykający trzcinę cukrową.

Wyuczone sztuczki nastoletniej słonicy odratowanej z cyrku.

Muay thai (tajski kickboxing) z najmłodszym członkiem rodziny, 500-kilogramowym bobasem.
Po śniadaniu czas na kąpiel błotną i kąpiel w rzece. Bobas jeszcze nieporadny, więc mama pomaga mu wyjść na brzeg.

3 – 5 lutego Chiang Mai i okolice

Prowincja na południu Tajlandii. Tu krajobraz zmienia się w górzysty, pojawia się dużo zieleni, a temperatura spada poniżej 30*C. Zimą.

Miasteczko Chiang Mai (w którym się zatrzymaliśmy) przywitało nas Festiwalem Kwiatów. Parada, stoiska z wyrobami lokalnej społeczności i jeszcze więcej pysznego jedzenia.

***

Trochę większy tuk-tuk.
Lokalny muzyk. Roots w pełnym wydaniu.
Kostka limonkowo-mleczno-cukrowa nadziana na patyk z kubeczkiem (czyt.: lody po tajsku).

Temu misiu & Thai omelet.
Saraca thaipingensis.
Tour de Chiang Mai (wypożyczenie roweru ok 6zł/24h). W nagrodę avocado milk (wyjątkowo mało słodkie).
Jedna z bram do Wat’u (świątynia tajska), których tu wiele.
Khao soi – zupa warta grzechu. Tylko w tym regionie!
Spotkanie na obczyźnie. Brokat i Lolka pod, dobrze znanym podróżnikom, „7 eleven”.
…i nie tylko podróżnikom.
Dom z drewna tekowego. Niegdyś wszechobecna, dziś już rzadziej spotykana, klasyczna architektura Tajlandii.
Rok dzikiej świnki czas zacząć!
W tle trzeci najwyższy szczyt Tajlandii – Doi Loung Chiang Dao. Nasz cel i nasze niespelnienie. 🙁

Listeczek z drzeweczka.
Stopem po Tajlandii… Pestka! Na pace, rzecz jasna!
Bawoły wodne.
Gorące źródła siarkowe (64*C). Na ochłodę jak znalazł.
I znów Doi Loung Chiang Dao. Tym razem widok z apartamentu „pod namiotem”.
Traweczka…

30 stycznia – 1 lutego 2019 Bangkok

Znów tanie bilety. Znów kokarda w przestrzeniach powietrznych. Znów miliony minut i kilometrów.

Ale! Nie ma tego złego… Przy okazji odwiedziliśmy Renię i Sergiusza w Londynie (big up!) i zwiedziliśmy kawałek Chengdu (poniżej).

…ale! nie traćmy czasu. Tajlandia wzywa! 🙂

Początek kulinarnej podróży – pad thai na Khao San Road.
…to była długa noc. Bangkok wciąga i połyka bez przeżuwania.
Przejażdżka promem (jeden ze środków komunikacji miejskiej). I, niestety, alert smogowy w Bangkoku.
„Number one” (w lewym dolnym rogu) – lokalny mistrz gry, której nazwy nie znamy.
W drodze na Złotą Górę.

W oczekiwaniu na klienta.
Trochę biedniej, ale wciąż schludnie i przyjemnie – domki nad kanałami.
Budda na sprzedaż.
Krokodyl na obiad? Proszę bardzo! Street food oferuje chyba wszystko.
Spoczywający Budda, ten w tle oczywiście (największy w Tajlandii). Naprawdę robi wrażenie.

A czemu by nie drzemka na krawężniku niemałej ulicy.
Khao San Road nieustająco tętniące życiem – mekka backpackersów i imprezowiczów.