26 – 28 lutego Bangkok po raz ostatni

I już. Niby miesiąc, a jakby mgnienie oka.

Przemierzyliśmy Tajlandię wzdłuż i trochę wszerz. Byliśmy w wielu wspaniałych miejscach i spotkaliśmy na swojej drodze ciekawych i pięknych ludzi. Chłonęliśmy zapachy, smaki, spojrzenia, uśmiechy, dźwięki. Jak najwiecej. Żeby starczyło na jak najdłużej.

Może starczy…?

Jedynie mango jest tu atrapą.
Ostatnie smaki.
Ostatnie twarze.
Ostatnie scenerie.
Ostatni śmiech.

Początek i koniec – kropka w kropkę. Ostatni pad thai, tak jak pierwszy: pyszny.
Sawadee, Tajlandio. [do widzenia]

23 – 26 lutego Khao Sam Roi Yot

Ostatni oddech przed Bangkokiem. Ostatni łyk autentycznej Tajlandii; zapachów, smaków, wiosek, ludzi i ich ciekawości.

Mały Park Narodowy nad Zatoką Tajlandzką z kilkoma atrakcjami rozrzuconymi w różnych jego zakątkach. A skoro rozrzucone, to najlepiej samochodem. A skoro nie mamy samochodu, to… oczywiście stopem. I znów nasze najśmielsze oczekiwania okazują się skromnymi – nawet nie musimy machać – bywa że Tajowie sami się zatrzymują, pytając dokąd idziemy i… już jedziemy.

Pierwszy punkt na mapie parku. Ochoczo przystaliśmy na polecenie (cokolwiek ono oznacza). Okolica natomiast bez szału, więc zostajemy tylko na noc.

Drugi punkt na mapie parku. Tu nie dojeżdżają samochody – trzeba się przeprawić krótkim szlakiem…
…lub, dla leniwych farangów, łódka, która przewiezie z lewej na prawą i z powrotem.
O wiele lepiej. Zostajemy!

Jest odpływ, więc można zajrzeć trochę dalej, głębiej.

Jaskinia Tham Phraya Nakhom. Ogromna, imponująca – cała prowincja słynie z tej atrakcji. A odkrył ją przez przypadek Rama V, w 1890 r., kiedy szukał schronienia przed burzą.
A w niej mary, stwory, nie wiadomo co.
Tak się Ramie V tu spodobało, że postawił sobie, niczego sobie, pawilon.
Ogrom jaskini najlepiej widać, mając punkt odniesienia.
Wioska rybacka na terenie parku. Lubimy tu przesiadywać przy ulicznej garkuchni i obserwować, i być obserwowanymi.
W drodze do drugiej jaskini.
W tym rejonie krajobraz jest zdominowany przez hodowle krewetek.
Jaskinia Tham Kaeow. Na granicy oniemienia i paniki. Wąskie przesmyki, śliskie podłoże, duża wilgotność powietrza, absolutna ciemność i cisza.
Światło w tunelu. Udało się.
Nasz ostatni zachód nad wodą.
A o świcie, w drodze powrotnej żegnały nas langury. 🙂

Powrót do Bangkoku zaczęliśmy od dość… wątpliwej stacji. Chyba nawet pociąg byłby zdziwiony, gdyby musiał się tu zatrzymać…
Długo się nie zastanawiając, ruszyliśmy pieszo do kolejnej stacji. Prawdopodobnie te piękne krowy widzą faranga pierwszy raz w życiu.
Atrakcji co niemiara – po przejechaniu dwóch stacji pociąg się zatrzymał i po godzinnym postoju pasażerowie otrzymali komunikat, że na trasie odkopano niewypał z II wojny światowej i że przyjedzie po nas transport zastępczy. Oto on.

18 – 22 lutego Ko Tao

Zmieniamy front. Czas na Zatokę Tajlandzką i Wyspę Żółwia. Jest to punkt obowiązkowy, bo sentymentalny dla Adama, który zakochał się w tym miejscu około 11 lat temu.

Było to dawno. Dużo się zmieniło. Teraz to głównie miejsce turystyczne, imprezowe, hałaśliwe. Mało tajskie.

W dwóch kwestiach jesteśmy jednak zgodni! Po pierwsze trzeba odwiedzić Mietka (niemal rezydenta Ko Tao) i jego rodzinę. A po drugie wciąż jest tu turkusowa, krystaliczna woda i dużo małych, malowniczych plaż z możliwością snorkelowania.

Ale! Żeby tam dotrzeć trzeba się na chwilę przenieść w czasy dzieciństwa, na kolonie. 🙂

Podróż nocnym promem, a jakby na sali w schronisku.
Witamy na Ko Tao.
Nasz druh Mietek i jego piękne dziewczyny…
…Pan i Eliza.
Po takie widoki trzeba się trochę wspiąć.

Pościg za Mieczysławem W., znanym postrachem dróg Ko Tao. Skuter to najlepszy sposób podróżowania po wyspie.
Szlakiem najlepszych snorkelling’ów: Sai Daeng Beach…
…Freedom Beach…
…i wiele innych.