6 – 9 kwietnia Buri Ram

Są takie miasta, które nie mają w sobie nic szczególnego i nawet przewodnik niewiele obiecuje, ale jednak człowiek musi tam trafić, bo… coś tam.
Takie właśnie jest Buri Ram. I tu właśnie musimy dotrzeć, do urzędu imigracyjnego, bo za parę dni kończy nam się wiza.
Na pytanie: „co mamy zrobić, skoro chcielibyśmy opuścić Tajlandię, ale wszystkie granice są pozamykane?”,  celnik bezradnie rozkłada ręce i już wypisuje pokwitowanie na 1900B. Także tego..

Trochę się śmiejemy, że to Bury Ram.
Ale i tu trafimy na „małe co nieco”.

Rok Szczura… oby przyniósł coś dobrego, bo zaczęło się grubo.
W drodze do urzędu imigracyjnego, który jest gdzieś hen daleko, po środku niczego. Tak jak ten zamek.
Tak wygląda każdy market w każdym mieście i miasteczku – oceany warzyw i tajemniczej „zieleniny” – raj dla wegan i wegetarian.
I rzeczone „małe co nieco”. San Lak Muang; odnowiona w 2005 roku świątynia łączy w sobie styl architektury tajskiej, khmerskiej i chińskiej.
Modlitwy, prośby, intencje… pełne słońca i deszczu, powiewające na wietrze.
Dwa filary z początków powstawania tego miasta, będące zarazem jego symbolem i dumą.
Najbardziej niesamowite jest to, że i te wrota, i wszystkie ściany pełne ornamentów zostały wymalowane ludzką ręką.
Tuż obok świątynia Pueng Thao Kong Ma.
Po wkroczeniu na teren tych dwóch świątyń, w jakiś tajemniczy sposób wszystko zwalnia, cichnie, a myśli gdzieś zawisają.
Z dumą prezentowany połów. A system jest taki: każda zarzucona wędka (a było ich tam naprawdę wiele) ma zahaczoną żyłkę o pustą butelkę; kiedy ryba bierze, butelka się przewraca, robi rumor i już wiadomo, do którego biec kija. A póki nie brzęknie, czas płynie na poga-wędkach z kolegami po fachu.
Dzień jak co dzień. Muzyka z głośników w gwarze miejskim, a o 18.00 (i o 8.00) obowiązkowo leci hymn. Niektórzy nawet się zatrzymują.

Dwa dni po tym jak przedłużyliśmy wizy (czyt.: kupiliśmy za milion monet) zapadła decyzja, że będą one przedłużane farangom automatycznie i nieodpłatnie. Także tego…

1 – 5 kwietnia Phimai

W przewodniku czytamy: archeologiczna wioska, z domami na palach, kwiecistym nadbrzeżem, gdzie takie rzemiosła jak miotlarstwo, tkanie jedwabiu i mat podłogowych z sitowia są wciąż żywe. Czyż to nie brzmi ciekawie!

Plan jest taki: jedziemy pociągiem (ordinary, oczywiście) do Ban Dong Phlong. Stamtąd do Ban Prasat jest już tylko 12 km przez małe wioski. Więc albo złapiemy stopa, albo z buta też da radę.

Nie przewidzieliśmy tylko jednej rzeczy. A właściwie dwóch. Droga „przez małe wioski” okazała się być małymi, polnymi dróżkami, więc o stopie możemy zapomnieć. I po drugie…

…że z nieba będzie lał się żar.

Jak więc już dowlekliśmy się do celu, to zalegliśmy pod sklepem na dobrą godzinę, próbując do siebie dojść. Nie jesteśmy pewni, czy nam się udało…?

Spośród wielu atrakcji Ban Prasat starczyło nam sił jedynie na dwa stanowiska archeologiczne oraz warsztat tkacki (tylko dlatego, że był obok jednego z wykopalisk).

Miejsca pochówków datuje się na ok. 3 tys. lat. Niestety większość kosciotrupków to atrapy (oryginały w muzeum, zamkniętym oczywiście). Dla zorientowanych uchwyciłam też i profil. (J)
Osnowa naciągnieta, zostaje tylko snuć wątek z sitowia. 100% natural&original. Niepowtarzalne.

Czas na drugi etap zaplanowanej na dziś podróży. Zbieramy resztki sił i ruszamy do miasteczka, które, o czym jeszcze nie wiemy, oczaruje nas i zatrzyma na parę ładnych dni.

Oto Phimai. Zapraszamy.

Brama południowa – pozostałość starożytnej kultury  Khmerów. Bramy i fragmenty murów otaczających miasto zachowały się również ze strony północnej i zachodniej.
Odbudowany kompleks świątynny z XII w. mogliśmy oglądać jedynie zza ogrodzenia (COVID-19 zamknął wszystko, co się dało). Ale i tak robi duże wrażenie.
Na szczęście wokół Phimai jest kilka miejsc, gdzie mogliśmy dotknąć zamierzchłej kulury. Arokayasala – stacja madyczna króla Jayavarmana VII i basen, i być może nawet sam król pod krzakiem.
Każdego dnia wielokrotnie słyszeliśmy z naszego pokoju melodyjkę, czasem kilka razy pod rząd. Długo zachodziliśmy w głowę co to za dźwięk? Aż pewnego wieczoru, odwiedzając sławne na całą Azję „7-eleven”,  zagadka się rozwiązała. Przy sklepie stoi sobie waga i każdy kto dysponuje monetą 1 baht (0,13 gr), może skorzystać z tej atrakcji. Wtedy maszyna wygrywa ową melodyjkę przywodzącą na myśl Bolero Ravela i informuje o stanie faktycznym posiadanych kilogramów. Nieomieszkaliśmy skorzystać (oczywiście my, wielkie farangi nie mieścimy się w tutejszych kategoriach waga-wzrost).
Sai Ngam. Największy i najstarszy figowiec Tajlandii. Liczy ok. 350 lat i zajmuje obszar 1350 metrów kwadratowych.
Ta zielona czapa, to właśnie on!
W naszym hotelu mieliśmy do dyspozycji rowery, więc co dzień odkrywaliśmy jakieś nowe, ciekawe miejsca.
Perłowy Budda zdaje się unosić nad miastem.
Drugi brzeg rzeki Mun to nasz stały punkt wycieczek rowerowych.
Jak również pikniki nad rzeką przy zachodzie słońca. Mimo szczerych chęci tajskie wino okazało się nieprzyswajalne. (A)
Na pobliskim popołudniowym markecie codziennie odkrywaliśmy coś nowego. Oto przykładowe menu dla dwóch osób na rzeczony piknik: worek (ok. 0,5 kg) przesłodkich pomidorków koktajlowych – 20 B; dwie paki warzyw w panierce z głębokiego tłuszczu, tzw. pakora – 20 B każda; 4 porcje smażonego tofu + sos – 20 B; paczka grilowanych batatów – 10 B. W sumie daje to 90 B czyli jakieś 11,70 zł. Rzecz jasna nie do przejedzenia na raz.
Czas opuścić Phimai. Te barwne ciężarówki nieodłącznie kojarzą się nam z Indiami (pozdrowienia dla miłośników Indii!)

29 – 31 marca Korat (Nakhon Ratchasima)

Do Koratu, pierwszego miasta Isaanu, wkroczyliśmy po zmroku. Zlani potem i wygłodniali. Szczęśliwie znaleźliśmy super tani hotel. Szybki prysznic i na miasto.

Chyba jedyna ciekawa część Koratu – „stare miasto” otoczone fosą, deptakiem…
…i ładnymi, ceramicznymi wazami.
Co za zjawisko! Drobnej postury Tajowie wyprowadzający na spacer konie. Aż tu czytamy w Bangkok Post: w Nakhon Ratchasima 146 koni zdechło na afrykański pomór koni (AHS).
W poszukiwaniu skrawka zieleni. Niestety to miasto nie grzeszy parkami. W zasadzie jest ich tu „0”. Za to natknęliśmy się na mały, urokliwy cmentarz przy Wacie (świątyni).
Zdobienie nad drzwiami.
Piesek-konik. No co!
Raczej żaden autobus nie zmąci jego spokoju. Kolejne foto z serii „błogi sen” (patrz: np. post z 30.01.-01.02.2019 Bangkok).

27 – 29 marca W drodze do Isaan

Koniec rajskiej rozpusty! Czas wyjść na gorący asfalt i zamachać na przejeżdżające samochody. Mając małe (i miłe) doświadczenie z zeszłego roku, ponownie wybieramy autostop.

Wkraczamy do nowej krainy. Isaan, który zajmuje 1/3 powierzchni kraju, jest najbiedniejszym regionem Tajlandii, a ludzie tu są znani ze swojej niepokorności.

…ale jak to bywa z autostopem, niespodziewanie zbaczamy z kursu i na chwilę  przenosimy się do soczyście zielonej krainy.

Dla Tajów wcale nie jest oczywiste, o co chodzi tym dwóm farangom na drodze. Jak już zdążyliśmy się przekonać, w ich języku nie istnieje taki termin jak autostop, ani nikt (poza nami) tego tu nie praktykuje…
…mimo tego i pewnych obaw z powodu koronawirusa, chętnie biorą „na pakę ” (i nie tylko).
Nick, weteran wojny w Wietnamie, zaprosił nas do swojej posiadłości, położonej wśród bezkresnych, zielonych plantacji duriana, chlebowca, mango, mangostanu i rambutana.
To tylko namiastka niewątpliwie osobliwego królestwa Nicka. Była też Maria (mama Jezusa) w paszczy ogromnej kobry.
Kulki na patyku (nazwa robocza), bardzo orzeźwiające.
Lokalesi pod sklepem.