1 – 5 kwietnia Phimai

W przewodniku czytamy: archeologiczna wioska, z domami na palach, kwiecistym nadbrzeżem, gdzie takie rzemiosła jak miotlarstwo, tkanie jedwabiu i mat podłogowych z sitowia są wciąż żywe. Czyż to nie brzmi ciekawie!

Plan jest taki: jedziemy pociągiem (ordinary, oczywiście) do Ban Dong Phlong. Stamtąd do Ban Prasat jest już tylko 12 km przez małe wioski. Więc albo złapiemy stopa, albo z buta też da radę.

Nie przewidzieliśmy tylko jednej rzeczy. A właściwie dwóch. Droga „przez małe wioski” okazała się być małymi, polnymi dróżkami, więc o stopie możemy zapomnieć. I po drugie…

…że z nieba będzie lał się żar.

Jak więc już dowlekliśmy się do celu, to zalegliśmy pod sklepem na dobrą godzinę, próbując do siebie dojść. Nie jesteśmy pewni, czy nam się udało…?

Spośród wielu atrakcji Ban Prasat starczyło nam sił jedynie na dwa stanowiska archeologiczne oraz warsztat tkacki (tylko dlatego, że był obok jednego z wykopalisk).

Miejsca pochówków datuje się na ok. 3 tys. lat. Niestety większość kosciotrupków to atrapy (oryginały w muzeum, zamkniętym oczywiście). Dla zorientowanych uchwyciłam też i profil. (J)
Osnowa naciągnieta, zostaje tylko snuć wątek z sitowia. 100% natural&original. Niepowtarzalne.

Czas na drugi etap zaplanowanej na dziś podróży. Zbieramy resztki sił i ruszamy do miasteczka, które, o czym jeszcze nie wiemy, oczaruje nas i zatrzyma na parę ładnych dni.

Oto Phimai. Zapraszamy.

Brama południowa – pozostałość starożytnej kultury  Khmerów. Bramy i fragmenty murów otaczających miasto zachowały się również ze strony północnej i zachodniej.
Odbudowany kompleks świątynny z XII w. mogliśmy oglądać jedynie zza ogrodzenia (COVID-19 zamknął wszystko, co się dało). Ale i tak robi duże wrażenie.
Na szczęście wokół Phimai jest kilka miejsc, gdzie mogliśmy dotknąć zamierzchłej kulury. Arokayasala – stacja madyczna króla Jayavarmana VII i basen, i być może nawet sam król pod krzakiem.
Każdego dnia wielokrotnie słyszeliśmy z naszego pokoju melodyjkę, czasem kilka razy pod rząd. Długo zachodziliśmy w głowę co to za dźwięk? Aż pewnego wieczoru, odwiedzając sławne na całą Azję „7-eleven”,  zagadka się rozwiązała. Przy sklepie stoi sobie waga i każdy kto dysponuje monetą 1 baht (0,13 gr), może skorzystać z tej atrakcji. Wtedy maszyna wygrywa ową melodyjkę przywodzącą na myśl Bolero Ravela i informuje o stanie faktycznym posiadanych kilogramów. Nieomieszkaliśmy skorzystać (oczywiście my, wielkie farangi nie mieścimy się w tutejszych kategoriach waga-wzrost).
Sai Ngam. Największy i najstarszy figowiec Tajlandii. Liczy ok. 350 lat i zajmuje obszar 1350 metrów kwadratowych.
Ta zielona czapa, to właśnie on!
W naszym hotelu mieliśmy do dyspozycji rowery, więc co dzień odkrywaliśmy jakieś nowe, ciekawe miejsca.
Perłowy Budda zdaje się unosić nad miastem.
Drugi brzeg rzeki Mun to nasz stały punkt wycieczek rowerowych.
Jak również pikniki nad rzeką przy zachodzie słońca. Mimo szczerych chęci tajskie wino okazało się nieprzyswajalne. (A)
Na pobliskim popołudniowym markecie codziennie odkrywaliśmy coś nowego. Oto przykładowe menu dla dwóch osób na rzeczony piknik: worek (ok. 0,5 kg) przesłodkich pomidorków koktajlowych – 20 B; dwie paki warzyw w panierce z głębokiego tłuszczu, tzw. pakora – 20 B każda; 4 porcje smażonego tofu + sos – 20 B; paczka grilowanych batatów – 10 B. W sumie daje to 90 B czyli jakieś 11,70 zł. Rzecz jasna nie do przejedzenia na raz.
Czas opuścić Phimai. Te barwne ciężarówki nieodłącznie kojarzą się nam z Indiami (pozdrowienia dla miłośników Indii!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *