10 – 19 kwietnia Phibun Mangsahan

Są też takie miejsca, które zdają się obiecywać wiele, a kiedy się o nich czyta w przewodniku, od razu w głowie powstaje ich wyobrażenie. I natychmiast chce się tam jechać, więc jedziemy: do Phibun Manghasan nad rzeką Mun.

Lecz kiedy tam dojeżdżamy, szybko okazuje się, że to miasteczko już dawno przeżyło lata swojej świetności. Wszystko trochę podupada, wszędzie dużo pustostanów, a brzeg rzeki jest zarośnięty i zaśmiecony. Mieszkańcy patrzą jakby nieufnie, mają srogie miny i nieliczni odwzajemniają uśmiech. W końcu to głęboki Isaan.

Wtedy też z dnia na dzień Rząd Tajlandii nakazuje zamknięcie wszystkich hoteli, hosteli, itd., więc okazuje się, że utknęliśmy tu na dobre i na złe, i na nie wiadomo ile…

Nagle podróż staje się męką, człowiek traci entuzjazm i moc sprawczą, a ogarnia go marazm. Ktoś o wszystko się złości i byle co go irytuje, a ktoś zaciska zęby i spuszcza po sobie uszy. Ktoś kładzie się na łóżku i leży całymi dniami, a ktoś chodzi byle gdzie, byle dalej, byle dłużej.

I tak bywa. I to trzeba przetrwać; więc chyba przetrwamy… my – Phibunkoczownicy.

Tu w Isaanie pociągi ciągle trąbią i nierzadko muszą się zatrzymywać w oczekiwaniu, aż  bawoły pasące się na torach ustąpią miejsca.
Nie ma lekko. Znowu nie mieścimy się w standardach. Pułapki czyhają co krok.
Sławne w tym rejonie bułeczki z parownika sah-lah-pow.
Gdzieś tu albo… tam miały być widoczne progi rzeczne.
Inny niż wszystkie. Wat Phu Khao Kaeo – cały z płytek i elementów ceramicznych szkliwionych na bursztynowo.
Zupełnie przypadkiem, na spacerze do odległego parku.
Nie łatwo znaleźć wspólny język, ale i tak warto próbować.
Z resztą co się dziwić, skoro nawet na rządowych tablicach są byki.
„Zielono mi i spokojnie. Zielono mi…
…Bo dłonie masz jak konwalie.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *