21 kwietnia – 20 maja Chiang Mai

Kiedy w grudniu zeszłego roku kupiliśmy bilety w jedną stronę,  myśleliśmy jak to fajnie będzie miesiąc za miesiącem przemierzać kolejne, nieznane nam kraje. Najpierw Tajlandia potem Laos, Kambodża, Wietnam. A dalej zobaczymy. I gdzieś na końcu tego łańcuszka marzyła nam się Japonia. To był nasz cel.

Kto by pomyślał, że COVID tak się rozpanoszy i będzie miał na nas zupełnie inny pomysł; plan bez planu, plan wielkiej niewiadomej… i że Chiang Mai stanie się naszym tymczasowym, przymusowym domem.

I tak oto przedstawiamy Wam to miasto po raz drugi. Tym razem z perspektywy miesiąca, a nie kilku dni jak rok temu. To będzie zupełnie inne miasto.

STREET ART

Jagazoo
Jagazoo
Mr. Green
Mr. Green

ŚWIĄTYNIE

Jedna z licznych chedi (stup) z początków istnienia miasta, czyli z końca XIII w.

WYPRAWY MAŁE I DUŻE

Szpital. Bywa, że jazda na pace kończy się zapaleniem oka i wtedy ubezpieczyciel wysyła Adasia do najekskluzywniejszego szpitala w całej prowincji. Było nawet samogrające pianino. A na zdjęciu jedna z dekoracji.
A to już po wizycie u okulisty (naklejkę dostaje się na wejściu po zmierzeniu temperatury).
Uniwersytet Chiang Mai. Właściwie to był ogromny park z jeziorami, ptasią wyspą, alejkami, kawiarenką… Jedyna otwarta atrakcja w Chiang Mai i okolicy. Jeździliśmy tu na wypożyczanych  „tużprzedwypadkowych” rowerach.
Wat Pha Lak. Leśna świątynia, do której wyjatkowo wiedzie pieszy szlak (a nie tylko samochodowy).
Doi Suthep. Trochę taki odpowiednik Lichenia – Tajowie ciągną tu pielgrzymkami.
Dużo tu złota i symboli religijnych.
Charakterystyczny dla tego regionu Budda z jadeitu.
Świątynia jest usytuowana na wzgórzu i już dla samego widoku na miasto… warto było.
Pai po raz pierwszy. Pewnego dnia spakowaliśmy plecaki, pożegnaliśmy się z opiekunką hostelu, złapaliśmy stopa prosto do Pai i na granicy prowincji (10 km przed miasteczkiem) zatrzymała nas policja, każąc wracać skąd przyjechaliśmy. Podwójnie niepocieszeni (bo i lekko zieloni po ponad 700 zakrętach w jedną stronę!) już popołudniu byliśmy z powrotem w naszym hostelu. Takie półkolonie sobie zrobiliśmy.

NASZ HOSTEL – NASZ DOM

Najtańszy w mieście. Od świtu do popołudnia słońce nagrzewało nasz pokoik do czerwoności.
Gruba Berta. Wyjatkowo nas sobie upodobała, choć charakter trudny.
Dali by się nie powstydził.
Świeży kokos + tępy tasak. Hostel drżał w posadach.
No a skoro tu utknęliśmy, to coś trzeba było robić, żeby nie zwariować: drobne prace renowatorsko-remontowo-ogrodnicze na rzecz hostelu…
…oraz szykowanie paczek z żywnością dla najbardziej potrzebujących Tajów z zebranych pieniędzy od naszych krewnych, znajomych i przyjaciół. Dziękujemy za pomoc!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *