26 lipca – 3 sierpnia Pai

Już od jakiegoś czasu otwarcie się przed sobą przyznajemy, że jesteśmy zmęczeni Tajlandią, panującymi tu nastrojami politycznymi i społecznymi, nieustającym lockdown’em i tym podróżowaniem w miejscu. Jesteśmy zmęczeni i chcemy już wyjechać. Dokądkolwiek.

W związku z tym chwilę temu zaczęliśmy szukać nowych możliwości. I… znaleźliśmy. Także niebawem opuszczamy Tajlandię, ale, żeby zachować pozytywne wspomnienia, postanowiliśmy ostatnie dni spędzić w Pai. I było to najlepsze pożegnanie z Tajlandią, jakie mogliśmy sobie wymarzyć. Warte pokonania (po raz drugi) 762 zakrętów (w jedną stronę!).

Uwaga, będzie soczyście i zielono!

Artystyczne miasteczko, trzeba przyznać.
I z fantazją.
Teraz tylko gdzieniegdzie…
…ale w szczycie sezonu…
…ryżowe aksamity rozciągają się po horyzont.
I można nad nimi frunąć po bambusowych kładkach…
…albo spojrzeć z tarasu widokowego sącząc „cha thai”.
Pam Bok w drodze powrotnej Bamboo Boardwalk Pai (fot. z 1932 r., autor nieznany).
Nie tylko my potrzebowaliśmy ochłody.
A to inna wyprawa – kanion Pai, który po każdym deszczu zmienia swoje oblicze.
Przystanek na drugie śniadanie.
I jeszcze wodospad Namtok Mo Paeng, gdzie lokalne chłopaki zjeżdżają na zadkach po głazach kilka metrów w dół jak w najlepszym aquaparku.
Widok z Yun Lai.
We see you. Chedi Phra That Mae Yen i budda
spoglądający na Pai ze szczytu góry.
Złoty zachód słońca…
…rozgrzewająca herbatka…
…i już. Dobranoc Pai.