20 – 22 sierpnia Kukës

8:17 rano, wieczorem… Wtorek, czwartek, sobota… Wszystko jedno. Wszędzie słychać charakterystyczne stukanie zderzających się bil. Knajpy – sale bilardowe, których tu mnóstwo, są pełne mężczyzn i sine od dymu. Nieustajaco.

Miasteczko jest niewielkie, przygraniczne (do Kosowa rzut beretem) i mało który turysta tu trafia, także wystajemy z tłumu jak się masz. Ale jakoś bardzo nam to nie przeszkadza.

Nie ma tu też wiele do roboty. Jedna ulica co wieczór zamienia się w deptak i całe miasteczko spotyka się w tym miejscu. Dzieciaki jeżdżą na rolkach, młodzież spaceruje i stroszy piórka, starszyzna rozprawia o rzeczach ważnych i ważkich. Z atrakcji zamiast taniej chińszczyzny jest kukurydza z grila i prażone ziarna różne.
I tyle. Ot, całe Kukës.

Za dnia skąpane w słońcu…
…z okna hotelowego w „pomarańczy”…
…a w nocy w świetle księżyca. I wspomniany „deptak”. I zdaje się, że nikt, tylko my widzimy te góry wszędzie wokół.
Trochę to obciachowe wrzucać zdjęcia ze stołówki, ale to nasze pierwsze, śmielsze podejście do albańskiej kuchni. Góra salatki, góra grubo ciosanych fryt, najlepszy kos (jogurt) w calym Kukës robiony przez właściciela knajpy i nasze odkrycie: turli (gęsta, warzywna zupa). Wszystko podane na papierowym, jednorazowym obrusie i wszystko pycha, oczywiście.
Jeden tu staszy od drugiego. Poczciwe to maszyny.

15 – 19 sierpnia Radomire

Tu jest koniec świata. Tu trawę na wzgórzach kosi się kosą, a osiołki znoszą siano do wioski. Jest jeden sklepik z lodami, cebulą i nićmi, w którym pani podaje cenę jeszcze sprzed denominacji i na chwilę pada na człowieka blady strach.

Namiot rozbity z widokiem na najwyższy szczyt, który woła do zdobycia. Meczet, z którego śpiew rozpływa się łagodnie po dolinie. Lokalna fabryka serów. Jest pierwotnie. Jest autentycznie. Jest obłędnie pieknie.

No to w drogę. Czas wybadać stopowanie po albańsku.
Pan, który podwiózł nas stopem, zaprosił do swojego ogrodu i poczestował domowym owczym jogurtem i takimż serem. Tak po prostu. Tak nas przywitało Radomire.
Sianko na nóżkach, na autopilocie.
Tu dzieci nie przesiadują razem, wpatrzone w swoje telefony, ale bawią się, rozmawiają, spacerują,… Spędzają czas wspólnie.
To jest na serio. Kraina w której żyją i dwugłowy orzeł są tu bardzo ważne nawet dla najmłodszych.
Parking.
To też serio. Sąsiednia wioska, ale ta sama duma.
Spacer połoninami, po okolicy…
…niczego sobie.
Kto pamięta bajkę o dziewannie?
Tam hen hen nasza wioska i meczet z dwoma minaretami wtulone w dolinę.
Gdzie nie spojrzeć góry po horyzont. I wszędzie widoczne szare punkciki. Bunkry – obsesja Hodży.
Nie wszyscy wracają ze szlaku.
A tak nas co wieczór żegnało Radomire.

***

Korabi. Prognozy pogody niepewne. Nie wiemy, czy góra nam pozwoli wspiąć się na sam szczyt, ale podejmujemy próbę. Zostawiamy za sobą Radomire pod pierzyną. Będą góry w chmurach i chmury w górach.

2764 m n.p.m. Mamy go!
Pozdrowienia dla Bloco z [partido alto].