15 – 19 sierpnia Radomire

Tu jest koniec świata. Tu trawę na wzgórzach kosi się kosą, a osiołki znoszą siano do wioski. Jest jeden sklepik z lodami, cebulą i nićmi, w którym pani podaje cenę jeszcze sprzed denominacji i na chwilę pada na człowieka blady strach.

Namiot rozbity z widokiem na najwyższy szczyt, który woła do zdobycia. Meczet, z którego śpiew rozpływa się łagodnie po dolinie. Lokalna fabryka serów. Jest pierwotnie. Jest autentycznie. Jest obłędnie pieknie.

No to w drogę. Czas wybadać stopowanie po albańsku.
Pan, który podwiózł nas stopem, zaprosił do swojego ogrodu i poczestował domowym owczym jogurtem i takimż serem. Tak po prostu. Tak nas przywitało Radomire.
Sianko na nóżkach, na autopilocie.
Tu dzieci nie przesiadują razem, wpatrzone w swoje telefony, ale bawią się, rozmawiają, spacerują,… Spędzają czas wspólnie.
To jest na serio. Kraina w której żyją i dwugłowy orzeł są tu bardzo ważne nawet dla najmłodszych.
Parking.
To też serio. Sąsiednia wioska, ale ta sama duma.
Spacer połoninami, po okolicy…
…niczego sobie.
Kto pamięta bajkę o dziewannie?
Tam hen hen nasza wioska i meczet z dwoma minaretami wtulone w dolinę.
Gdzie nie spojrzeć góry po horyzont. I wszędzie widoczne szare punkciki. Bunkry – obsesja Hodży.
Nie wszyscy wracają ze szlaku.
A tak nas co wieczór żegnało Radomire.

***

Korabi. Prognozy pogody niepewne. Nie wiemy, czy góra nam pozwoli wspiąć się na sam szczyt, ale podejmujemy próbę. Zostawiamy za sobą Radomire pod pierzyną. Będą góry w chmurach i chmury w górach.

2764 m n.p.m. Mamy go!
Pozdrowienia dla Bloco z [partido alto].

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *