25 – 27 sierpnia Szlak Valbonë – Theth

Geograficznie to Góry Północnoalbańskie okrzyknięte mianem Alp Albańskich, dla lokalesów to Góry Przeklęte. I już samo to, jak nazywają je Albańczycy, budzi w nas nieodpartą chęć znalezienia się pośród nich.
Tak, wołają nas Góry Przeklęte, a my nie możemy się temu oprzeć. Trochę jak zakazany owoc.

Przed nami trzy dni wędrówki przez góry, dwie noce na dziko oraz wyzwań i wrażeń co niemiara. Tym bardziej, że zamierzamy zdobyć najwyższy szczyt tej części gór – Maja e Jezerce. Nie inaczej.

***

Dzień pierwszy – dylematy. Rano długo biliśmy się z myślami, czy na pewno chcemy już dziś opuścić mało przyjazne Valbonë. Jednak obietnica najpiękniejszego albańskiego szlaku zwyciężyła.

W związku z tym ruszyliśmy w drogę dość późno. Po kilku kilometrach trafiliśmy na leśną „kawiarenkę”. Przy pysznej kawie opowiadamy gospodarzowi o naszych planach zdobycia Maja e Jezercës, a on patrzy na nas, potem na niebo i mowi: „Dziś nie. Dziś deszcz. Możecie tu spać.” Trudno było zaufać siedząc w palącym słońcu, ale posłuchaliśmy. Dwie godziny później spadł ulewny deszcz.

Mirabelkowy szaber.
Najprościej ujmując – eko lodówka i woda źródlana w jednym. Rekomendowane przez kawiarniane kokosze.

Dzień drugi – Maja e Jezercës (2694 m n.p.m.). Od jakiegoś czasu przeglądamy mapy, przewodniki i wpisy na forach. Wszędzie, jak jeden mąż piszą, że jest to prawdopodobnie najniebezpieczniejszy szlak Albanii; że jest słabo oznaczony i najlepiej z przewodnikiem, koniecznie w dobrym obuwiu, a na pewno nie dla niewprawionych. …nie, nie możemy sobie tego odmówić. Jesteśmy tak blisko.

Tym razem wstajemy wcześnie i opuszczamy przygodną noclegownię jeszcze w porannych mgłach. Po 1,5 godziny pięcia się w górę docieramy do miejsca, gdzie szlak rozdziela się na Maja e Jezercës i Thethi. Na niebie ani jednej chmury, chwila wahania i już. Na rozstaju dróg wrzucamy w krzaki nasze plecaki, bierzemy tylko małe ze skromnym prowiantem i ruszamy. W sandałach i półbutach.

Trzeba było włożyć dużo wysiłku żeby pokonać te żwirowe osuwiska…
…i jeszcze więcej uwagi, żeby nie zjechać do jednej ze szczelin. A czasem taką szczeliną trzeba było się wciągnąć po metalowej linie.
Walking on the moon. Na próżno szukać wydeptanej ścieżki czy oznakowań. Jedyną wskazówką były tu i ówdzie ustawione z kamyków stupy.
Tu się wydają małe, ale w rzeczywistości te czapy śniegu były ogromne.
Prawie 4 godziny zawziętej wspinaczki szlakiem bez szlaku. Mamy cię, Maja e Jezercës! (Skrzynka pełna listów, zapalniczek, długopisów. Pełna emocji.)
Przed nami powrót tą-nie-tą samą drogą.
Żadne z nas na szlaku nie powiedziało tego głośno, ale w naszych głowach zwątpienie robiło momentami dużo hałasu.
Jeszcze kilkaset metrów do rozstaju. Trzeba znaleźć plecaki, a potem miejsce na tę noc.

To był nasz najtrudniejszy szlak. EVER!

Dzień trzeci – zejście do Theth. I znów jest inaczej. I znów pięknie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *