31 sierpnia – 4 września Shkodër

Opuszczamy góry, jeszcze zanim one  przegonią nas deszczami i zimnymi nocami. Jakby nie było – nadciąga wrzesień. Jesteśmy nasyceni i naładowani widokami po kokardy. Przynajmniej na jakiś czas… Teraz zjeżdżamy do cywilizacji.

A tu w Shkodër mamy kury, które organizują sobie grzędy, gdzie się da (a da się wszędzie), pana i panią gęś podskubujących nam co noc drzwi i bardzo towarzyską kozę.
Mamy też śniadania pod chmurką, miasto zalane słońcem i dwa, tym razem „w trakcie-wypadkowe” rowery. Obydwa trzeszczące, obydwa bez hamulców i jeden z nawracającym flakiem.
Ale to nic. Jest super. Miasto jest nasze.

Wybitna Fototeka Pana Marubbiego, pierwszego fotografa – kronikarza Albanii.
Fotografia, historia i kultura w jednym…
…na klimatycznym deptaku Kolë Idromeno.
Tak bardzo chcieliśmy się w nim wykąpać, ale wszędzie wokół tylko trzciny i muł. Jezioro Szkoderskie.
Zamek Rozafa i XIII-wieczny wenecki kościół katolicki, który w XV w. Turcy przerobili na swoją, nomen omen, modłę dobudowując minaret.
Pan wprawdzie trochę zawiany i jeszcze kulawy, ale nutę trzymał.
Tak się wychodzi z zamku!

Albania, oprócz taniego tytoniu sprzedawanego na ulicach, ma do zaoferowania byrek (nieco inny niż ten turecki) – zawsze świeży i puchaty. Jak się okazuje, niektóre miasta mają swój własny pomysł na nadzienie. Shkodërski byrek me kos (z jogurtem) podbił nasze… kubki smakowe.

Jeśli to jest największe miasto północnej części Albanii… to w to nam graj. Stado baranów. Na do widzenia.

28 – 30 sierpnia Vermosh

Kręci nas wszystko co jest „naj”. Uwielbiamy to. Najpierw był najwyższy szczyt, potem najniebezpieczniejszy szlak, najbardziej izolowana osada itd.
Teraz czas na najbardziej na północ położoną wieś Albanii.

Gdzieś w drodze między Theth a Vermosh zaczepił nas pod sklepem jakiś gość i zaproponował bezinteresowną (jak się zdawało) pomoc. My mówimy, że podróżujemy autostopem i że to jeszcze 87 km, a droga kręta. On, że OK, nie problem, że lubi jeździć. No to my, że może tylko 3 km do ronda, bo tam już droga prosta (choć kręta).

I tak, naiwnie dojechaliśmy z nim do samego Vermosh tuż przed zmrokiem, lądując w barze i próbując spławić kierowcę-naciągacza, jak się na miejscu okazało. Zaczęły się schodzić różne podejrzane typy i nijak nie szło zakończyć tego spotkania, a nasza wyobraźnia szybowała między mafią a wyznawcami prawa Kanun.

W końcu zjawił się chłopak, który mówił po angielsku i chciał pomóc. Najpierw wyśmiał kwotę żądaną przez naciągacza (a inni mu zawtórowali), potem znalazł „złoty środek”, który (no cóż…) uiściliśmy, a na koniec powiedział do nas: „Przykro mi z powodu tego, co się stało. My tacy nie jesteśmy.”
Różne złe myśli i brzydkie słowa ulatywały z nas po tej przygodzie. Ale stwierdziliśmy jednogłośnie, że po prostu nie jest on prawdziwym Albańczykiem i to była największa obelga. Właśnie tak.

A tymczasem Vermosh rozciąga się na przestrzeni ponad 10 km w dolinie rzeki Lim i jest tu naprawdę  malowniczo, sielsko, zielono i soczyście.
Znowu, tak znowu.

Wydostać się z Theth to duże wyzwanie. Na tej drodze kursują jedynie taksówki, prywatne samochody hotelowe i pasażerskie busiki. Aleksandr wyrwał nas swoją wielką ciężarówką z tego zaułka i prując 30 km/h i biorąc zakręty na trzy razy, przewiózł slalomami na drugą stronę gór.
Cała Albania jest właśnie taka.
Jeśli ktoś myśli, że nie istnieją na świecie słodkie mirabelki, zapraszamy do Vermosh.

27 – 28 sierpnia Theth

Wieś po drugiej stronie przełęczy Valbonë, położona na wysokości 850 m n.p.m., jest jedną z najbardziej izolowanych osad w Europie. Nie ma wątpliwości, że staje się głównym ośrodkiem turystyki górskiej w Albanii. Każdy budynek, jeśli nie jest hotelem, to przynajmniej oferuje pokoje i pole namiotowe, a ceny częściej padają tu w € niż w lekach.

Niestety wizytówkowa atrakcja, z której słynie Theth – kościółek z 1892 – jest aktualnie w remoncie. Z zewnątrz bryła i zadaszenie zdają się być nówka-sztuka, nie mówiąc już o drzwiach PCV. Ciekawe, co na to konserwator zabytków…?
Oczywiście jest tu wiele więcej do zobaczenia i inne miejsca, do których trafiliśmy, skutecznie zmyły ten blamaż.

Kulla e ngujimit (wieża odosobnienia). Każdy, kto złamał prawo Kanun, mógł skryć się w takiej wieży na 15 dni, by chronić swoje życie  przed zemstą ze strony poszkodowanych. W tym czasie rodzina sprawcy mogła spotkać się ze starszyzną rodu i próbować załagodzić spór.
Gdyby nie panel słoneczny i parasol z wiadomym logo, można by się cofnąć o jakieś 100 lat; spadkobierca Kulli…
…i jego potomek u źródła. W tle Kulla.
Atomowe grzyby.
Drewniany mostek przerzucony nad wąwozem i dreszczyk emocji.
Nieproszony gość na kawiarnianych dywanach.
Ujvara e Grunasit.
Jedni „chwytają” w dwa palce Wieżę Eiffla, inni… Tia.