7 – 14 sierpnia Tirana

Nie wiemy, czy da się tu znaleźć lub zgubić szczęście, ale… Tiranę da się lubić.

Nie ma ona nic wspólnego z wielkimi metropoliami. Nie jest pretensjonalna i nie onieśmiela. Za to ma sporo zieleni, a stare i brzydkie przeplata się z nowym (lub odnowionym) i ładnym. Centrum miasta można niechcący przegapić, za to najwyższego w okolicy szczytu nie da się nie zauważyć.

Owe centrum – plac osławionego na całą Albanię bohatera narodowego – Skanderbega. Tutaj życie tętni od rana…
…do później nocy.
Albańczycy nie boją się koloru.
Spragnieni wypraw jakichkolwiek czym prędzej wybraliśmy się na najbliższą, możliwie najwyższą górę.
Towarzyszyli nam przybysze z kosmosu. Ten mierzył z dobre 10 cm.
Jeszcze nie szczyt, a już widoki nie byle jakie. W dole majaczy Tirana.
Odpuściliśmy najwyższy szczyt Dajti (1613 m n.p.m.), który jest ogrodzony i zajęty przez maszty radiowe i wspięliśmy się na sąsiedni, odrobinę niższy – Maja e Tujanit.
Światło-cień-światło-cień… aaa! „Gdzie jest Wally?”
Matka Albanii spoglądająca ze wzgórza na stolicę.
Średniowieczny most garbarzy z XVIII w. wtulony w miejską codzienność powojennego socrealizmu.
I jeszcze kawałek sztuki ulicznej.
A to już nasz hostel i jego właściciel, zwany przez nas Szefuńciem, który w przypływie dobrego nastroju robił prezentację muzyki albańskiej (tej tradycyjnej i tej bardziej pop).  Albo stawiał przed nosem talerz pełen fig, dopiero co zerwanych – bo tu sezon w najlepsze.

ONE-WAY TICKET 2020 part 2

W dobie wirusa podróżujesz nie jak chcesz i dokąd chcesz, ale dokąd możesz. Trzeba więc było znaleźć taki kraj, do którego można wlecieć bez żadnych testów, kwarantanny i ograniczeń turystycznych. Lista nie była długa, ale jedna pozycja wydawała się wyjątkowo kusząca!

Shqiperia – kraina orłów. Wieść niesie, że tu tylko stare Mercedesy, bunkry, mafia i góry. Wspaniale! Czego chcieć więcej?

Miremengjes, Albanio!

3 – 6 sierpnia Bangkok – znów po raz ostatni.

Ostatni spacer po Kaosan Road, do parku Santi Chai Prakan i nad rzekę Chao Phraya. Ostatni pad thai i nektar bogów – coconut… Żegnajcie niebiańskie mango, sticky rice, cha thai. Żegnajcie ciekawe spojrzenia i piękne uśmiechy.

Porzucamy nasze plany, opuszczamy Azję i jej niepowtarzalną egzotykę. Oczywiście z małym żalem. Ale nie ma tego złego… Czeka na nas kraina starych Mercedesów, kawy i byrek’a.

Chiang Mai – Bangkok. „Ordinary” oczywiście. Uwielbiamy.
Park Santi Chai Prakan. My po raz ostatni, ale oni pewnie utną tu jeszcze niejedną drzemkę.
I to już wszystko. Żegnaj, Tajlandio.

26 lipca – 3 sierpnia Pai

Już od jakiegoś czasu otwarcie się przed sobą przyznajemy, że jesteśmy zmęczeni Tajlandią, panującymi tu nastrojami politycznymi i społecznymi, nieustającym lockdown’em i tym podróżowaniem w miejscu. Jesteśmy zmęczeni i chcemy już wyjechać. Dokądkolwiek.

W związku z tym chwilę temu zaczęliśmy szukać nowych możliwości. I… znaleźliśmy. Także niebawem opuszczamy Tajlandię, ale, żeby zachować pozytywne wspomnienia, postanowiliśmy ostatnie dni spędzić w Pai. I było to najlepsze pożegnanie z Tajlandią, jakie mogliśmy sobie wymarzyć. Warte pokonania (po raz drugi) 762 zakrętów (w jedną stronę!).

Uwaga, będzie soczyście i zielono!

Artystyczne miasteczko, trzeba przyznać.
I z fantazją.
Teraz tylko gdzieniegdzie…
…ale w szczycie sezonu…
…ryżowe aksamity rozciągają się po horyzont.
I można nad nimi frunąć po bambusowych kładkach…
…albo spojrzeć z tarasu widokowego sącząc „cha thai”.
Pam Bok w drodze powrotnej Bamboo Boardwalk Pai (fot. z 1932 r., autor nieznany).
Nie tylko my potrzebowaliśmy ochłody.
A to inna wyprawa – kanion Pai, który po każdym deszczu zmienia swoje oblicze.
Przystanek na drugie śniadanie.
I jeszcze wodospad Namtok Mo Paeng, gdzie lokalne chłopaki zjeżdżają na zadkach po głazach kilka metrów w dół jak w najlepszym aquaparku.
Widok z Yun Lai.
We see you. Chedi Phra That Mae Yen i budda
spoglądający na Pai ze szczytu góry.
Złoty zachód słońca…
…rozgrzewająca herbatka…
…i już. Dobranoc Pai.

21 maja – 26 lipca Najlepszy przyjaciel [Best friend]

[For English version scroll down]

Trzy miesiące za nami, a my nadal nie wiemy czy, kiedy i dokąd będziemy mogli ruszyć z Tajlandii. Wieści o otwarciu granic brak i nawet przestaliśmy wyliczać, ile krajów i nowych miejsc mogłoby być już za nami. Dziwne to nasze podróżowanie…

…dlatego zdecydowaliśmy się na wolontariat z Workaway i spędziliśmy dwa wyjątkowe miesiące w domu Corriny z wielką psią gromadą. Szesnaście ogonów – wszystkie przygarnięte i czekające na adopcję.
Długie spacery, gotowanie posiłków, sprzątanie ich królestwa, głaskanie, tarmoszenie, szczotkowanie, zabawy, czasem kąpanie, a czasem wyciąganie kleszczy, wyprawy do wspaniałego weterynarza Dr. Jaydee, podawanie lekarstw, zmienianie opatrunków, rozmawianie i słuchanie ich opowieści, przytulanie i bycie lizanym, wpuszczanie i wypuszczanie z pokoju po tysiąckroć.
To było tym, co mogliśmy im dać od siebie, a i tak było niczym w porównaniu z zaufaniem, akceptacją i przywiązaniem, którymi one obdarzyły nas.

Trudno coś takiego opisać słowami. Było to dla nas wyjątkowe i niepowtarzalne doświadczenie.

A oto kilka portretów naszych podopiecznych (niestety niektóre zdjęcia były złej jakości i nie możemy przedstawić wszystkich 16 psiaków):

[English version]

[Three months have passed and we still do not know if, when and where we will be able to leave Thailand. There is no news about the opening of the borders and we have even stopped counting how many countries and new places could have been behind us. Strange is this traveling of ours…
… that’s why we decided to volunteer with Workaway and spent two exceptional months at Corrina’s house with a great bunch of dogs. Sixteen barkers – all gathered and waiting for adoption.
Long walks, cooking meals, cleaning their kingdom, stroking, tousling, brushing, playing, sometimes bathing and sometimes pulling out ticks, trips to the wonderful vet Dr. Jaydee, administering medications, changing bandages, talking and listening to their stories, cuddling and being licked, letting in and out of the room a thousand times over.
That’s what we could give them from ourselves, and it was nothing compared to the trust, acceptance and affection they gifted us with.
It’s hard to describe it in words. It was a unique and inimitable experience for us.
Here are some portraits of our pupils (unfortunately some photos were of poor quality and we cannot present all 16 dogs):]

Tim. Senior rodu, lat ok. 20 (!). Głównie szczekał albo dreptał. Mocna sztuka.
Karo. Nieoficjalny samiec alfa. Najmądrzejszy i najbardziej wrażliwy pies, jakiego kiedykolwiek spotkaliśmy (choć Adam ciągle ma w pamięci swojego ukochanego Borysa).
Absolutnie wyjątkowy.
Mister (brat Miss). Zawsze uśmiechnięty.
Miss (siostra Mistera). Niezależna, wojownicza, kobieca.
Miss i Mister.
Deng. Z tajskiego: czerwony. Po naszemu: Sprężynka – niezwykle atletyczny, skakał najwyżej ze wszystkich psów. W tle Lala, siostra Emily.
Potrzebował prawie dwóch miesięcy przytulania i tarmoszenia, żeby się przed nami otworzyć i pokazać, jak bardzo tego potrzebuje.
Lucas. Po naszemu: Sitting Budda – z racji pozycji, którą przyjmował najczęściej.
Lucas wyjątkowo na czterech łapach. W tle Miss, Mister i kąpielisko – stały punkt spacerów.
Lessie. Jednooka piękność. Dopiero po ok. dwóch tygodniach odważyła się wejść do domu. A potem po kolejnych i kolejnych zaczęła się do nas zbliżać, jeść obiad w domu…
…i w końcu dała się dotknąć.
Sister (siostra Lessie). Jeszcze chwilę w schronisku, ale i dla niej Corrina będzie chciała znaleźć nowy, prawdziwy dom.
Milo. Zwiadowca i prowokator polowań na kurczaki. Mały, szybki i… przytulaśny. Ulubieniec Corriny – miał przywilej spania w łóżku.
Kafi. Większą część czasu spędziła w „sanatorium” u Rity, z którą chodziliśmy na spacery.
Sara. Husky w Tajlandii – trzeba nie mieć wyobraźni. Oczywiście pierwsi właściciele sobie nie poradzili i Sara wylądowała w schronisku.
Żywioł nie do powstrzymania. Można było wołać i wołać, a i tak instynkt wygrywał i niestety bywało, że wracała z kurczakiem w pysku. Natomiast nauka chodzenia na smyczy – pełen sukces!
Momo. Sześciomiesięczna dziewczynka – mimo wielu prób nie udało się załatwić dla niej adopcji w Tajlandii.
Znaleziona kość (bywało, że niezgody). W tle Karo.
Patch. Z łatką na oku. Nie odstępował Corriny na krok.
A to już niecierpliwe oczekiwanie na spacer. (od lewej: Deng, Sara, Mister)
Patrzą w górę: wiewiórka. Patrzą w dół: wąż.
Jeszcze chwila i skok do wody.
Po spacerze, nie inaczej. U samej góry, z prawej strony oficjalny samiec alfa – Elen; bywało, że bał się własnego cienia, ale inne psy z jakiegoś powodu zgadzały się na jego status alfa. No, poza Lucasem.
Pora deszczowa tego roku wciąż nie nadeszła. Tym większa radość, kiedy spadła na nas wielka ulewa (pies Rity – Dayo, ten najwiekszy).
A w wolnej chwili nauka jazdy skuterem i… powoli czas ucieka(ć).

21 kwietnia – 20 maja Chiang Mai

Kiedy w grudniu zeszłego roku kupiliśmy bilety w jedną stronę,  myśleliśmy jak to fajnie będzie miesiąc za miesiącem przemierzać kolejne, nieznane nam kraje. Najpierw Tajlandia potem Laos, Kambodża, Wietnam. A dalej zobaczymy. I gdzieś na końcu tego łańcuszka marzyła nam się Japonia. To był nasz cel.

Kto by pomyślał, że COVID tak się rozpanoszy i będzie miał na nas zupełnie inny pomysł; plan bez planu, plan wielkiej niewiadomej… i że Chiang Mai stanie się naszym tymczasowym, przymusowym domem.

I tak oto przedstawiamy Wam to miasto po raz drugi. Tym razem z perspektywy miesiąca, a nie kilku dni jak rok temu. To będzie zupełnie inne miasto.

STREET ART

Jagazoo
Jagazoo
Mr. Green
Mr. Green

ŚWIĄTYNIE

Jedna z licznych chedi (stup) z początków istnienia miasta, czyli z końca XIII w.

WYPRAWY MAŁE I DUŻE

Szpital. Bywa, że jazda na pace kończy się zapaleniem oka i wtedy ubezpieczyciel wysyła Adasia do najekskluzywniejszego szpitala w całej prowincji. Było nawet samogrające pianino. A na zdjęciu jedna z dekoracji.
A to już po wizycie u okulisty (naklejkę dostaje się na wejściu po zmierzeniu temperatury).
Uniwersytet Chiang Mai. Właściwie to był ogromny park z jeziorami, ptasią wyspą, alejkami, kawiarenką… Jedyna otwarta atrakcja w Chiang Mai i okolicy. Jeździliśmy tu na wypożyczanych  „tużprzedwypadkowych” rowerach.
Wat Pha Lak. Leśna świątynia, do której wyjatkowo wiedzie pieszy szlak (a nie tylko samochodowy).
Doi Suthep. Trochę taki odpowiednik Lichenia – Tajowie ciągną tu pielgrzymkami.
Dużo tu złota i symboli religijnych.
Charakterystyczny dla tego regionu Budda z jadeitu.
Świątynia jest usytuowana na wzgórzu i już dla samego widoku na miasto… warto było.
Pai po raz pierwszy. Pewnego dnia spakowaliśmy plecaki, pożegnaliśmy się z opiekunką hostelu, złapaliśmy stopa prosto do Pai i na granicy prowincji (10 km przed miasteczkiem) zatrzymała nas policja, każąc wracać skąd przyjechaliśmy. Podwójnie niepocieszeni (bo i lekko zieloni po ponad 700 zakrętach w jedną stronę!) już popołudniu byliśmy z powrotem w naszym hostelu. Takie półkolonie sobie zrobiliśmy.

NASZ HOSTEL – NASZ DOM

Najtańszy w mieście. Od świtu do popołudnia słońce nagrzewało nasz pokoik do czerwoności.
Gruba Berta. Wyjatkowo nas sobie upodobała, choć charakter trudny.
Dali by się nie powstydził.
Świeży kokos + tępy tasak. Hostel drżał w posadach.
No a skoro tu utknęliśmy, to coś trzeba było robić, żeby nie zwariować: drobne prace renowatorsko-remontowo-ogrodnicze na rzecz hostelu…
…oraz szykowanie paczek z żywnością dla najbardziej potrzebujących Tajów z zebranych pieniędzy od naszych krewnych, znajomych i przyjaciół. Dziękujemy za pomoc!

20 – 21 kwietnia Skok do Chiang Mai

To było jak w filmie. Jakby ktoś wyreżyserował całe to zdarzenie. Poczuliśmy się jak w „Truman Show”.

Wieść niesie, że nasze ulubione Chiang Mai mimo wszechobecnego lockdown’u jest wciąż otwarte, a hostele przyjmują nowoprzybyłych. Jedyny problem to tam dojechać. Pociągi, autobusy, prywatne busy – wszystko wstrzymane. Pozostaje… autostop.

Przed nami 1046 km i choć chciałoby się być superbohaterami, próbujemy być realistami – dajemy sobie trzy dni. Tym bardziej, że w ostatniej chwili decydujemy się odwiedzić Khong Chiam, które jest zupełnie nie po drodze, a dokładniej musimy cofnąć się 35 km. Ale nie możemy sobie tego odmówić. Jesteśmy tak blisko.

Khong Chiam – tu rzeka Mun spotyka się z Mekongiem i woda ma dwa kolory,…
…a na drugim odległym brzegu rozciąga się kraina Laosu. Jest pięknie.
Na wzgórzu nad rzekami wznosi się Wat Tham Khuha Sawan.
Znajduje się tu jeden z największych gongów w Tajlandii.
Słoń w bamboszach i jeszcze bardziej niesamowite widoki.

I już dalej gnamy przez miasta, wioski, pola, bo zmierzch nadciąga i wkrótce będzie trzeba rozejrzeć się za dobrym miejscem na namiot.

Dzień pierwszy za nami.

Noc nas zastała jeszcze na asfalcie. Trzeba przejść ok. 3 km, żeby pojawiły się jakieś krzaki. Odbijamy z „wielkiej drogi” i trafiamy na łąki i pola. Trochę ciszej, trochę na odludziu.

Rozbijamy namiot na małym poletku przytuleni do czyjegoś gospodarstwa. Niestety nie jesteśmy mistrzami konspiracji i nagle zza płotu ‚ciach’ latarka prosto na nas i nerwowe tajskie wykrzykniki starszego pana. Jak oparzeni wyskakujemy z namiotu spieszyć z wytłumaczeniem, ale pan już odbiega i coś woła do żony. Trzy minuty później nadjeżdżają na motorach jacyś  ludzie z jeszcze lepszymi latarkami, a nam skóra cierpnie na plecach. Wychodzimy im naprzeciw i próbujemy wyjaśniać; ‚one night, we have a tent, hotel close, morning we go’. Nowoprzybyli patrzą nieufnie, mówią ‚you have problem’. No to my jeszcze bardziej spięci prowadzimy ich do naszego namiotu. Prześwietlają go na wylot, wymieniają między sobą spojrzenia i niezrozumiałe treści, i… w końcu cień uśmiechu pojawia się na ich twarzach. Uwierzyli! Mamy pozwolenie. Po chwili okazuje się, że są to dzieci gospodarzy z małżonkami, że się martwili, ale że ‚no problem’ i czy wszystko mamy, czy czegoś potrzebujemy. I już wszyscy się śmiejemy, życzymy sobie dobrej nocy, a rano pan gospodarz zaprasza nas na kawę i na pożegnanie wręcza siatkę pełną mango.

A w tzw. międzyczasie rozwijamy swoje talenty.

Dzień drugi zaczynamy od utknięcia na granicy parku narodowego. Mamy zakaz wkroczenia na jego teren (z powodu lockdown’u), strażnik sadza nas przy budce granicznej na dwóch stołkach zachowując „social distancing”, a nasze potencjalne okazje przejeżdżają za szlaban, jedna po drugiej. 5 minut, 10… Na co czekamy? Ha! Proszę bardzo. Strażnik właśnie załatwił nam podwózkę na drugą stronę parku. I już jedziemy.

Jedyna dla nas możliwość odwiedzenia parku narodowego to przejechanie przez niego stopem.

Potem jest małe nieporozumienie, bo wysiedliśmy gdzieś, gdzie nam nie pasuje, więc szybka zmiana trasy. I wtedy… zatrzymuje się wielka, stara, pokraczna ciężarówka (o nie!). A z niej wyskakuje mała, uśmiechnięta i energiczna Tajka z „Google translate” w telefonie i już po paru minutach ustaleń jedziemy upchnięci w kabinie. Jest wesoło, ciekawie (Google ciągle niezawodny) i straasznie woolno, a kiedy trzeba, na ich komendę chowamy głowy na punktach kontrolnych.

Nasi przesympatyczni podwoziciele – od 13 lat jeżdżą razem ciężarówką. No ale 60 km/h to max. Daleko nie zajedziemy. Pewnie to będzie dziś nasz ostatni skok i reszta trasy zostanie na jutro…

Po prawie trzech godzinach żegnamy się z Mai i jej chłopakiem. Jest późno, za chwilę zapadnie zmrok, do Chiang Mai jeszcze około 200 km, a przed nami check point i policja. Nie będzie łatwo. Już się zbliżamy, już ustalamy wspólny scenariusz, gdyby nas zatrzymali, aż tu podjeżdża super fura, otwiera się okno i łamanym angielskim chłopak pyta dokąd jedziemy. No to odpowiadamy, choć oczywiście dystans do pokonania plus godzina policyjna sprawiają, że brzmi to jak kiepski żart. Na co on: „Ja też! Tylko spytam policjantów czy mogę was przewieźć i czy zdążymy przed 22.” I żeby już nie przeciągać, powiemy tylko tyle, że były żarty i uściski dłoni z policjantami, pamiątkowe foto, szybkie ustalenie naszego miejsca docelowego, szybka jazda i ostatnie zdjęcie już przed naszym hostelem wysłane do tychże policjantów (bo taka była umowa) 17 min. przed godziną policyjną.

I tak dzień drugi minął, a my już w Chiang Mai. Może jednak jesteśmy superbohaterami…

10 – 19 kwietnia Phibun Mangsahan

Są też takie miejsca, które zdają się obiecywać wiele, a kiedy się o nich czyta w przewodniku, od razu w głowie powstaje ich wyobrażenie. I natychmiast chce się tam jechać, więc jedziemy: do Phibun Manghasan nad rzeką Mun.

Lecz kiedy tam dojeżdżamy, szybko okazuje się, że to miasteczko już dawno przeżyło lata swojej świetności. Wszystko trochę podupada, wszędzie dużo pustostanów, a brzeg rzeki jest zarośnięty i zaśmiecony. Mieszkańcy patrzą jakby nieufnie, mają srogie miny i nieliczni odwzajemniają uśmiech. W końcu to głęboki Isaan.

Wtedy też z dnia na dzień Rząd Tajlandii nakazuje zamknięcie wszystkich hoteli, hosteli, itd., więc okazuje się, że utknęliśmy tu na dobre i na złe, i na nie wiadomo ile…

Nagle podróż staje się męką, człowiek traci entuzjazm i moc sprawczą, a ogarnia go marazm. Ktoś o wszystko się złości i byle co go irytuje, a ktoś zaciska zęby i spuszcza po sobie uszy. Ktoś kładzie się na łóżku i leży całymi dniami, a ktoś chodzi byle gdzie, byle dalej, byle dłużej.

I tak bywa. I to trzeba przetrwać; więc chyba przetrwamy… my – Phibunkoczownicy.

Tu w Isaanie pociągi ciągle trąbią i nierzadko muszą się zatrzymywać w oczekiwaniu, aż  bawoły pasące się na torach ustąpią miejsca.
Nie ma lekko. Znowu nie mieścimy się w standardach. Pułapki czyhają co krok.
Sławne w tym rejonie bułeczki z parownika sah-lah-pow.
Gdzieś tu albo… tam miały być widoczne progi rzeczne.
Inny niż wszystkie. Wat Phu Khao Kaeo – cały z płytek i elementów ceramicznych szkliwionych na bursztynowo.
Zupełnie przypadkiem, na spacerze do odległego parku.
Nie łatwo znaleźć wspólny język, ale i tak warto próbować.
Z resztą co się dziwić, skoro nawet na rządowych tablicach są byki.
„Zielono mi i spokojnie. Zielono mi…
…Bo dłonie masz jak konwalie.”

6 – 9 kwietnia Buri Ram

Są takie miasta, które nie mają w sobie nic szczególnego i nawet przewodnik niewiele obiecuje, ale jednak człowiek musi tam trafić, bo… coś tam.
Takie właśnie jest Buri Ram. I tu właśnie musimy dotrzeć, do urzędu imigracyjnego, bo za parę dni kończy nam się wiza.
Na pytanie: „co mamy zrobić, skoro chcielibyśmy opuścić Tajlandię, ale wszystkie granice są pozamykane?”,  celnik bezradnie rozkłada ręce i już wypisuje pokwitowanie na 1900B. Także tego..

Trochę się śmiejemy, że to Bury Ram.
Ale i tu trafimy na „małe co nieco”.

Rok Szczura… oby przyniósł coś dobrego, bo zaczęło się grubo.
W drodze do urzędu imigracyjnego, który jest gdzieś hen daleko, po środku niczego. Tak jak ten zamek.
Tak wygląda każdy market w każdym mieście i miasteczku – oceany warzyw i tajemniczej „zieleniny” – raj dla wegan i wegetarian.
I rzeczone „małe co nieco”. San Lak Muang; odnowiona w 2005 roku świątynia łączy w sobie styl architektury tajskiej, khmerskiej i chińskiej.
Modlitwy, prośby, intencje… pełne słońca i deszczu, powiewające na wietrze.
Dwa filary z początków powstawania tego miasta, będące zarazem jego symbolem i dumą.
Najbardziej niesamowite jest to, że i te wrota, i wszystkie ściany pełne ornamentów zostały wymalowane ludzką ręką.
Tuż obok świątynia Pueng Thao Kong Ma.
Po wkroczeniu na teren tych dwóch świątyń, w jakiś tajemniczy sposób wszystko zwalnia, cichnie, a myśli gdzieś zawisają.
Z dumą prezentowany połów. A system jest taki: każda zarzucona wędka (a było ich tam naprawdę wiele) ma zahaczoną żyłkę o pustą butelkę; kiedy ryba bierze, butelka się przewraca, robi rumor i już wiadomo, do którego biec kija. A póki nie brzęknie, czas płynie na poga-wędkach z kolegami po fachu.
Dzień jak co dzień. Muzyka z głośników w gwarze miejskim, a o 18.00 (i o 8.00) obowiązkowo leci hymn. Niektórzy nawet się zatrzymują.

Dwa dni po tym jak przedłużyliśmy wizy (czyt.: kupiliśmy za milion monet) zapadła decyzja, że będą one przedłużane farangom automatycznie i nieodpłatnie. Także tego…

1 – 5 kwietnia Phimai

W przewodniku czytamy: archeologiczna wioska, z domami na palach, kwiecistym nadbrzeżem, gdzie takie rzemiosła jak miotlarstwo, tkanie jedwabiu i mat podłogowych z sitowia są wciąż żywe. Czyż to nie brzmi ciekawie!

Plan jest taki: jedziemy pociągiem (ordinary, oczywiście) do Ban Dong Phlong. Stamtąd do Ban Prasat jest już tylko 12 km przez małe wioski. Więc albo złapiemy stopa, albo z buta też da radę.

Nie przewidzieliśmy tylko jednej rzeczy. A właściwie dwóch. Droga „przez małe wioski” okazała się być małymi, polnymi dróżkami, więc o stopie możemy zapomnieć. I po drugie…

…że z nieba będzie lał się żar.

Jak więc już dowlekliśmy się do celu, to zalegliśmy pod sklepem na dobrą godzinę, próbując do siebie dojść. Nie jesteśmy pewni, czy nam się udało…?

Spośród wielu atrakcji Ban Prasat starczyło nam sił jedynie na dwa stanowiska archeologiczne oraz warsztat tkacki (tylko dlatego, że był obok jednego z wykopalisk).

Miejsca pochówków datuje się na ok. 3 tys. lat. Niestety większość kosciotrupków to atrapy (oryginały w muzeum, zamkniętym oczywiście). Dla zorientowanych uchwyciłam też i profil. (J)
Osnowa naciągnieta, zostaje tylko snuć wątek z sitowia. 100% natural&original. Niepowtarzalne.

Czas na drugi etap zaplanowanej na dziś podróży. Zbieramy resztki sił i ruszamy do miasteczka, które, o czym jeszcze nie wiemy, oczaruje nas i zatrzyma na parę ładnych dni.

Oto Phimai. Zapraszamy.

Brama południowa – pozostałość starożytnej kultury  Khmerów. Bramy i fragmenty murów otaczających miasto zachowały się również ze strony północnej i zachodniej.
Odbudowany kompleks świątynny z XII w. mogliśmy oglądać jedynie zza ogrodzenia (COVID-19 zamknął wszystko, co się dało). Ale i tak robi duże wrażenie.
Na szczęście wokół Phimai jest kilka miejsc, gdzie mogliśmy dotknąć zamierzchłej kulury. Arokayasala – stacja madyczna króla Jayavarmana VII i basen, i być może nawet sam król pod krzakiem.
Każdego dnia wielokrotnie słyszeliśmy z naszego pokoju melodyjkę, czasem kilka razy pod rząd. Długo zachodziliśmy w głowę co to za dźwięk? Aż pewnego wieczoru, odwiedzając sławne na całą Azję „7-eleven”,  zagadka się rozwiązała. Przy sklepie stoi sobie waga i każdy kto dysponuje monetą 1 baht (0,13 gr), może skorzystać z tej atrakcji. Wtedy maszyna wygrywa ową melodyjkę przywodzącą na myśl Bolero Ravela i informuje o stanie faktycznym posiadanych kilogramów. Nieomieszkaliśmy skorzystać (oczywiście my, wielkie farangi nie mieścimy się w tutejszych kategoriach waga-wzrost).
Sai Ngam. Największy i najstarszy figowiec Tajlandii. Liczy ok. 350 lat i zajmuje obszar 1350 metrów kwadratowych.
Ta zielona czapa, to właśnie on!
W naszym hotelu mieliśmy do dyspozycji rowery, więc co dzień odkrywaliśmy jakieś nowe, ciekawe miejsca.
Perłowy Budda zdaje się unosić nad miastem.
Drugi brzeg rzeki Mun to nasz stały punkt wycieczek rowerowych.
Jak również pikniki nad rzeką przy zachodzie słońca. Mimo szczerych chęci tajskie wino okazało się nieprzyswajalne. (A)
Na pobliskim popołudniowym markecie codziennie odkrywaliśmy coś nowego. Oto przykładowe menu dla dwóch osób na rzeczony piknik: worek (ok. 0,5 kg) przesłodkich pomidorków koktajlowych – 20 B; dwie paki warzyw w panierce z głębokiego tłuszczu, tzw. pakora – 20 B każda; 4 porcje smażonego tofu + sos – 20 B; paczka grilowanych batatów – 10 B. W sumie daje to 90 B czyli jakieś 11,70 zł. Rzecz jasna nie do przejedzenia na raz.
Czas opuścić Phimai. Te barwne ciężarówki nieodłącznie kojarzą się nam z Indiami (pozdrowienia dla miłośników Indii!)