29 – 31 marca Korat (Nakhon Ratchasima)

Do Koratu, pierwszego miasta Isaanu, wkroczyliśmy po zmroku. Zlani potem i wygłodniali. Szczęśliwie znaleźliśmy super tani hotel. Szybki prysznic i na miasto.

Chyba jedyna ciekawa część Koratu – „stare miasto” otoczone fosą, deptakiem…
…i ładnymi, ceramicznymi wazami.
Co za zjawisko! Drobnej postury Tajowie wyprowadzający na spacer konie. Aż tu czytamy w Bangkok Post: w Nakhon Ratchasima 146 koni zdechło na afrykański pomór koni (AHS).
W poszukiwaniu skrawka zieleni. Niestety to miasto nie grzeszy parkami. W zasadzie jest ich tu „0”. Za to natknęliśmy się na mały, urokliwy cmentarz przy Wacie (świątyni).
Zdobienie nad drzwiami.
Piesek-konik. No co!
Raczej żaden autobus nie zmąci jego spokoju. Kolejne foto z serii „błogi sen” (patrz: np. post z 30.01.-01.02.2019 Bangkok).

27 – 29 marca W drodze do Isaan

Koniec rajskiej rozpusty! Czas wyjść na gorący asfalt i zamachać na przejeżdżające samochody. Mając małe (i miłe) doświadczenie z zeszłego roku, ponownie wybieramy autostop.

Wkraczamy do nowej krainy. Isaan, który zajmuje 1/3 powierzchni kraju, jest najbiedniejszym regionem Tajlandii, a ludzie tu są znani ze swojej niepokorności.

…ale jak to bywa z autostopem, niespodziewanie zbaczamy z kursu i na chwilę  przenosimy się do soczyście zielonej krainy.

Dla Tajów wcale nie jest oczywiste, o co chodzi tym dwóm farangom na drodze. Jak już zdążyliśmy się przekonać, w ich języku nie istnieje taki termin jak autostop, ani nikt (poza nami) tego tu nie praktykuje…
…mimo tego i pewnych obaw z powodu koronawirusa, chętnie biorą „na pakę ” (i nie tylko).
Nick, weteran wojny w Wietnamie, zaprosił nas do swojej posiadłości, położonej wśród bezkresnych, zielonych plantacji duriana, chlebowca, mango, mangostanu i rambutana.
To tylko namiastka niewątpliwie osobliwego królestwa Nicka. Była też Maria (mama Jezusa) w paszczy ogromnej kobry.
Kulki na patyku (nazwa robocza), bardzo orzeźwiające.
Lokalesi pod sklepem.

20 – 26 marca Ko Wai

Był rok 2004, kiedy w Tajlandię uderzyło tsunami. Wtedy też za sprawą M’Decka (uściski!) farang Adaś pierwszy raz postawił stopę na maleńkiej, niemal dziewiczej wysepce Ko Wai. Właśnie tam, a nie gdzieś na Morzu Andamańskim, gdzie żywioł zebrał największe żniwo. Opatrzność, karma, przypadek…?

Przez te wszystkie lata niewiele się tu zmieniło. Cztery „resorty”, jedna ścieżka, zero samochodów czy sklepów, przerwy w dostawie prądu.

…a ponadto biały piasek, woda-kryształ, snorkelling z plaży, cisza i spokój. Można tu robić wszystko i nic. Każde równie atrakcyjne.

…noc spedzona przy… muzeum…? morskim?
Pagoda zbudowana w celu rekultywacji koralowców…

15 – 19 marca Bangkok

A więc Bangkok. Ten sam poczciwy Bangkok, co rok temu, a jednak jakby inny. I wcale nie z powodu epidemii koronawirusa. Nie. Inny… bo w głowach mamy one-way ticket, a to oznacza że n i g d z i e s i ę n i e s p i e s z y m y.

…i choć pewnie jeszcze przez chwilę będziemy o tym zapominać, Bangkok wciąga!

Fastryga już gotowa. Zakład krawiecki jakich tu wiele.
Metro. W całym wagonie może dwóch Tajów było bez masek.
…przy dźwiękach tajskiego rocka smakuje jeszcze lepiej.
Świat się kończy! Kozera wcina kukurydzę!

ONE-WAY TICKET 2020 part 1

To od czego by tu zacząć…? M… może… Bangkok!

A nie. Czekaj.

No cóż. Prawda jest taka że wspomnienie zeszłego roku było nam tak bliskie i miłe, a bilety tak tanie (znowu!), że trudno było sobie odmówić powtórki. Poza tym gdzie jak nie tu, w BKK zacząć przygodę życia. Inna sprawa, że nie znać prostszej drogi do Japoni (która jest naszym wymarzonym celem) jak właśnie z Tajlandii.

26 – 28 lutego Bangkok po raz ostatni

I już. Niby miesiąc, a jakby mgnienie oka.

Przemierzyliśmy Tajlandię wzdłuż i trochę wszerz. Byliśmy w wielu wspaniałych miejscach i spotkaliśmy na swojej drodze ciekawych i pięknych ludzi. Chłonęliśmy zapachy, smaki, spojrzenia, uśmiechy, dźwięki. Jak najwiecej. Żeby starczyło na jak najdłużej.

Może starczy…?

Jedynie mango jest tu atrapą.

Ostatnie smaki.

Ostatnie twarze.

Ostatnie scenerie.

Ostatni śmiech.

Początek i koniec – kropka w kropkę. Ostatni pad thai, tak jak pierwszy: pyszny.

Sawadee, Tajlandio. [do widzenia]

23 – 26 lutego Khao Sam Roi Yot

Ostatni oddech przed Bangkokiem. Ostatni łyk autentycznej Tajlandii; zapachów, smaków, wiosek, ludzi i ich ciekawości.

Mały Park Narodowy nad Zatoką Tajlandzką z kilkoma atrakcjami rozrzuconymi w różnych jego zakątkach. A skoro rozrzucone, to najlepiej samochodem. A skoro nie mamy samochodu, to… oczywiście stopem. I znów nasze najśmielsze oczekiwania okazują się skromnymi – nawet nie musimy machać – bywa że Tajowie sami się zatrzymują, pytając dokąd idziemy i… już jedziemy.

Pierwszy punkt na mapie parku. Ochoczo przystaliśmy na polecenie (cokolwiek ono oznacza). Okolica natomiast bez szału, więc zostajemy tylko na noc.

Drugi punkt na mapie parku. Tu nie dojeżdżają samochody – trzeba się przeprawić krótkim szlakiem…

…lub, dla leniwych farangów, łódka, która przewiezie z lewej na prawą i z powrotem.

O wiele lepiej. Zostajemy!

Jest odpływ, więc można zajrzeć trochę dalej, głębiej.

Jaskinia Tham Phraya Nakhom. Ogromna, imponująca – cała prowincja słynie z tej atrakcji. A odkrył ją przez przypadek Rama V, w 1890 r., kiedy szukał schronienia przed burzą.

A w niej mary, stwory, nie wiadomo co.

Tak się Ramie V tu spodobało, że postawił sobie, niczego sobie, pawilon.

Ogrom jaskini najlepiej widać, mając punkt odniesienia.

Wioska rybacka na terenie parku. Lubimy tu przesiadywać przy ulicznej garkuchni i obserwować, i być obserwowanymi.

W drodze do drugiej jaskini.

W tym rejonie krajobraz jest zdominowany przez hodowle krewetek.

Jaskinia Tham Kaeow. Na granicy oniemienia i paniki. Wąskie przesmyki, śliskie podłoże, duża wilgotność powietrza, absolutna ciemność i cisza.

Światło w tunelu. Udało się.

Nasz ostatni zachód nad wodą.

A o świcie, w drodze powrotnej żegnały nas langury. 🙂

Powrót do Bangkoku zaczęliśmy od dość… wątpliwej stacji. Chyba nawet pociąg byłby zdziwiony, gdyby musiał się tu zatrzymać…

Długo się nie zastanawiając, ruszyliśmy pieszo do kolejnej stacji. Prawdopodobnie te piękne krowy widzą faranga pierwszy raz w życiu.

Atrakcji co niemiara – po przejechaniu dwóch stacji pociąg się zatrzymał i po godzinnym postoju pasażerowie otrzymali komunikat, że na trasie odkopano niewypał z II wojny światowej i że przyjedzie po nas transport zastępczy. Oto on.

18 – 22 lutego Ko Tao

Zmieniamy front. Czas na Zatokę Tajlandzką i Wyspę Żółwia. Jest to punkt obowiązkowy, bo sentymentalny dla Adama, który zakochał się w tym miejscu około 11 lat temu.

Było to dawno. Dużo się zmieniło. Teraz to głównie miejsce turystyczne, imprezowe, hałaśliwe. Mało tajskie.

W dwóch kwestiach jesteśmy jednak zgodni! Po pierwsze trzeba odwiedzić Mietka (niemal rezydenta Ko Tao) i jego rodzinę. A po drugie wciąż jest tu turkusowa, krystaliczna woda i dużo małych, malowniczych plaż z możliwością snorkelowania.

Ale! Żeby tam dotrzeć trzeba się na chwilę przenieść w czasy dzieciństwa, na kolonie. 🙂

Podróż nocnym promem, a jakby na sali w schronisku.

Witamy na Ko Tao.

Nasz druh Mietek i jego piękne dziewczyny…

…Pan i Eliza.

Po takie widoki trzeba się trochę wspiąć.

Pościg za Mieczysławem W., znanym postrachem dróg Ko Tao. Skuter to najlepszy sposób podróżowania po wyspie.

Szlakiem najlepszych snorkelling’ów: Sai Daeng Beach…

…Freedom Beach…

…i wiele innych.

13 – 17 lutego Ko Chang

Nie będziemy się tu zbytnio rozpisywać. Wylądowaliśmy w miejscu, gdzie powietrze jest przejrzyste i pachnie zielenią, zamiast miasta szumi morze Andamańskie, a czas zdaje się płynąć wolniej. Dwa sklepiki, szkoła, Sunday market, zero samochodów.

Zwalniamy! Zapraszamy na Wyspę (Ko) Słonia (Chang).

Liściaste paczuszki z niespodzianką (sticky rice + mango/kokos/mleko kokosowe/banan/…). Na drugim planie SLOW boat, która, miejmy nadzieję, dowiezie nas na drugi brzeg.

A na miejscu przypadkowa podwózka do naszego bungalow’a o bezbłędnej nazwie Sunset.

Morning glory – szpinak wodny, chili, orzeszki, czosnek, sos sojowy. PYCHA!!!

Sto odcieni zieleni. Bez retuszu 🙂

Plantacje kauczukowca to częsty widok w Tajlandii.

Samozwańcza szkółka kokosowa.

Odwiedziliśmy wioskę Mokenów, pierwotnie zamieszkujących tę wyspę. Wszędzie śmieci, brudna woda, bieda i smartfony. Dość przygnębiający widok.

Birmanki od dziecka mają malowane twarze sproszkowaną korą z drzewa thanaka. Ponoć na piękną cerę.

Mai – właściciel New Shop, gdzie mydło, powidło i wacha.

A co niedzielę w New Shop zbierają się lokalesi na oglądanie Muay Thai i zakłady.

Happy Valentine’s Day na Ko Chang okazało się niezłą imprezą. Były m.in. wybory Miss. Oto trzy kandydatki. Znajdź jeden niepokojący szczegół.

Cała wyspa w jednym miejscu. Zabawa do północy i dalej.

A bawią się wszyscy! Barmani również.

Mamy podejrzenie, iż kraby próbują się porozumieć z nami za pomocą pisma klinowego. Podejrzewamy, iż może to być coś w stylu: „poskudne farangi nie deptać naszych domków”. Ale to nic pewnego.

Lody! No co?!

Gospodarze Sunset w wolnym czasie pogrywają w birmańską grę.

Niezapowiedziana wizyta skorpiona w naszej łazience.

A skoro Sunset…

…to sunset.

10 – 13 lutego Khao Sok

Jeden z najstarszych lasów deszczowych na świecie. Ok. 160 mln lat. Już samo to robi wrażenie. A jeszcze dołączyć do tego widoki… Nas zachwyciło!

A wszystko za sprawą znajomego – Grzesia (big up!), któremu, jak się okazało, deptaliśmy po piętach i który polecił nam to miejsce. 🙂

Nasz domek na kurzej łapce – bungalow z widokiem na bezkresną zieleń…

…i jego okolice.

Pan Warzywko. Dynia i kukurydza z własnego ogródka.

Sami lokalesi – kot i piwo.

Czas na wyprawę domniemanym szlakiem. Podczas pory deszczowej powstaje wiele alternatywnych ścieżek, więc nie trudno o zbłądzenie.

Langur na przejściu dla… pieszych.

Meranti. Najpiękniejsze drzewo świata (subiektywnie) i najwyższe drzewo lasów tropikalnych (obiektywnie). 😉

I w końcu pierwsza nagroda dla najwytrwalszych – kąpiel w wodospadzie.

Nie ma lekko!

I jeszcze ostatnia niespodzianka na szlaku – Oriental Whip Snake (wcale nie przewrotnie: Wąż Bicz).

Ostatnie spojrzenie na górę, u stóp której spaliśmy.