26-28 września 2017   #stopów:2    #km: 1699

„Tu asfalt się kończy, a zaczyna blues
Na płocie list gończy i po prostu luz” (Sł: Adam Ziemianin)

Hughenden. Żar leje się z nieba (tak, tak, to już było), gorące powietrze rozmywa obraz, a zastygły wiatrak z minionej epoki patrzy z góry na uśpione miasto. Szerokie ulice i drewniane werandy sprawiają, że czujemy się jak w westernie. Brak tylko dźwięków płynących z ‚saloonu’ i wystrzałów „w samo południe”… I mimo, że doświadczamy tu najwyższych temperatur w naszej dotychczasowej podróży  (32’C o 10:00 rano), to jednak magia tego miejsca sprawia, że zostajemy tu dwie noce.

Typowa kolonialna drewniana architektura z charakterystycznymi werandami… aż żal, że niszczeje


   

Whaaaaaat?
W outbacku w okresie suchym wiele rzek istnieje tylko na mapach
‚Comet’ – wiatrak sprzed ponad stu lat. Wizytówka Hughenden

25-26 września 2017


Po pierwszej niewinnej, bo kilkukilometrowej podwózce, nadarza się okazja, której wyjątkowości nawet nie przeczuwamy. Podjeżdża biały Land Cruiser wyładowany gratami po sufit. Jak się okazuje, kierowca Jason zmierza do Melbourne (na południu), ale… przez Queensland (na wschodzie). I w ten oto sposób trafia nam się najdłuższy stop w naszym życiu. ?

O Jasonie: farmer, pisarz, trochę ekscentryczny i zmanierowany, ale dzięki jego wiedzy i otwartości dowiadujemy się sporo o Australii. W końcu to ponad 30-godzinna podróż (na tyle długa, że docieramy do nowego stanu). Któżby się spodziewał, że będziemy przemierzać bezdroża Północnego Terytorium w poszukiwaniu jeziora (nieistniejącego, jak się okazało)! Jak również spać pod gwiazdami „gdzieś-nigdzie”… Chrzest ‚bush campingu’ mamy za sobą.

Jak widać, jeziora nie widać…
…ale znaleźliśmy za to wodopój dla bydła
O wschodzie na wschód. Dzień drugi
Typowy widok „outbacku”

23 – 25 września 2017 #stopów: 2   #km: 108

Z Katherine wydostać się nie łatwo… No więc kiedy już nadarza się okazja, bez wahania zabieramy się (tak dla odmiany ?) starym vanem z Japończykami, mimo że jest to tylko 20 km do przodu. Po środku niczego. Czyli robimy to, przed czym wszystkie przewodniki przestrzegają.



I rzeczywiście. Wysiadamy na skwierczącej autostradzie. Nasi dobroczyńcy znikają gdzieś w bocznej piaszczystej drodze, a na horyzoncie pustka. Dobiega nas woń rozkłającej się walabii…
I tu szczęście głupiego: z czającej się opresji wyciąga nas para Czylijczyków, pracujących na farmach mango.

☆ Bardzo wielu młodych ludzi z całego świata przyjeżdża do Australii na ‚working’ wizie i sporo z nich pracuje na farmach i plantacjach.

Mataranka – tu podmuchy powietrza z asfaltu palą bardziej niż samo słońce. Uff… Szczęśliwie nasz budżet i upór sprawiają, że nie decydujemy się na pierwszy, bliższy kemping i prowadzą nas do kolejnego 10 km dalej (za sprawą tej samej pary z Czile). Do jakże osobliwego i na swój sposób czarującego miejsca.
Roper Park, trochę jak rustykalny, australijski Dziki Zachód. Trochę czas się tu zatrzymał. Mają swoje zwierzęta, z czego każde ma imię (poza świnkami, które niestety za szybko są zjadane).

Wciąż na chodzie

   

   

Szczęśliwie też okazuje się, że z Roper Park mamy bliżej do gorących źródeł, śmierdzących nietoperzy i ciekawej trasy wzdłuż suchego (okresowego) koryta rzeki.

Gorące źródło o temp. 34’C

   

   

Uśpiona rzeka w oczekiwaniu na mokrą porę…

   

…której siłę widać w sąsiednim korycie.

   

Mimo absolutnego zakazu (krokodyle), skwar i przejrzystość wody zmusiły nas do ultraszybkiej kąpieli

   

Sól na glebie – być może pozostałość po okresowej wodzie, która nawet w centrum Australii potrafi być słona.

   

  

Co było pierwsze: kopiec czy drzewo? Niewiadomo. Tu w wersji czerwonej…
…tu w wersji wystrojonej ? Nierzadko można spotkać takie przydrożne kopce. To raczej tylko forma „street artu”

 

  

22 -23 września 2017       #stopów: 4    #km: 279

Kierunek: Katherine

☆ Road train, czyli postrach dróg w całej prawie Australii. Te gargantuiczne TIRy osiągają długość do 53 m i każdy kierowca wie, żeby mijać je szerokim łukiem, tym bardziej że kamienie spod ich opon często uszkadzają przednie szyby. 


Niespodziewanie, bo już z samego campingu łapiemy pierwszego stopa. Przemiła rodzina z Adelaide, która – jeśli dotrzemy w tamte strony – zaprasza nas pod swój dach.
Kolejny odcinek pokonujemy z Tasmanką, która również zaprosiła nas do siebie, jeśli dotrzemy na jej wyspę. ?
Ach…. ach!!! Kto jeszcze, dokąd jeszcze?
No i stoimy już na Stuart Hwy na swoich cieniach. Słońce w zenicie. Aż tu niespodziewanie zajeżdża zawadiacko stary van. Zaraz,  zaraz. Przecież chwilę temu taki sam nas minął. Podchodzimy, a tam rodzina Aborygenów i ich świeżo zerwane mango.
– Hej! Widzieliśmy was i zawróciliśmy. Robi się naprawdę gorąco… ‚pop in’ (wskakujcie)!
Czyż to nie urocze? 

O samym Katherine – niewiele, choć niestety uderzyła nas w oczy dość liczna grupa głośnych, kłótliwych i… pijanych Aborygenów. Okazuje się, że większość z nich dostaje co 2 tygodnie zasiłek od państwa i po prostu przepija go lub wydaje na inne używki. Chyba nie radzą sobie z zachodnim stylem życia. Smutne…

3 lokalne piwa przetestowane (przez Adama oczywiście). Całkiem, całkiem. Co ciekawe, w Australii piwa rzemieślnicze też zdobywają rynek.

Tylko tyle w temacie Katherine ☺

19 – 22 września 2017     #km: 139         #stopów: 7 

Pierwsze  (auto)stopy na Nowym Kontynencie. 

Z pełnym ekwipunkiem, butlą gazową, zapasem wody i jedzenia na 3 dni ruszamy do Litchfield Park.
Dlaczego nie bardziej znany Kakadu National Park? Przecież ogromny on i piękny…
Odpowiedź jest prosta: Kakadu NP zajmuje obszar 20 tys. km kwadratowych; żeby go przymierzyć, jakkolwiek, potrzebny jest samochód  (najlepiej 4WD) i zapas wody i jedzenia na… tydzień?
Dla porównania: Litchfield Park ma 1,5 tys. km kwadratowych, czyli: do pokonania autostopem:)
Także idąc za myślą lokalesów: Litchfield – DO, Kaka – DON’T ☺

„Mądrość Buszu: zwolnij, wyluzuj i ciesz się chwilą”

A więc pierwsze koty za płoty. Zdobyliśmy park w pięciu odcinkach, z czego ostatni był najciekawszy. Kobieta, która nas zgarnęła współpracuje z organizacją wspierającą aborygeńskie dzieci. Co więcej, aktualnie stara się o adopcję jednego z nich, mimo że sama jest już babcią. (Trzymamy kciuki!)
Dowiedzieliśmy się trochę o Aborygenach – są przemiłymi ludźmi. Poczucie własności i potrzeba posiadania praktycznie dla nich nie istnieją. Liczy się jedynie rodzina.
No więc ta sympatyczna pani nie dość że zboczyła z trasy, żeby dowieźć nas na miejsce, to jeszcze po ‚nie-drodze’ zabrała nas do królestwa termitów.

Najokazalszy z okazów

Słowo o Litchfield Park.
Szeroki płaskowyż piaskowca otoczony klifami i wodospady spływające z ich krawędzi.
Słów nie starcza, niech oddadzą to zdjęcia…

Woda jak kryształ!

Kolejne kąpiele w drodze do Wangi Falls…

Po dniu spędzonym nad malowniczymi i krystalicznie czystami Florence Falls i Buley Rockhole, zmierzamy do Wangi Falls – kolejnego zaskakującego miejsca w Litchfield Park.
Stopem, a jakże. Na liczniku 130 km/h.
ADAM: Nie ma tu gliniarzy?
KIEROWCA: Ja jestem gliną, a co?
A: Aaa… yyy… nic. Zastanawiam się tylko nad kontrolą prędkości…
K: No worries, jestem przeszkolony w szybkiej jeździe!

Docieramy do Wangi Falls, wg Adama najśliczniejszego wodospadu na świecie. Dwa główne nurty spadającej wody z wysokości 50 m do sporego jeziorka, otoczonego klifami, lasami pełnymi nietoperzy i… dzikich świń. ?

U szczytu wodospadu
Z głową w chmurach

Nasze pierwsze spotkanie z torbaczami: kangur rdzawoszyi czyli walabia

17-18 września 2017

Wylądowaliśmy. 

Ledwo ciepli, trochę bladozieloni. Jedyne na co mieliśmy siły, to odebranie bagaży i złożenie naszych wątłych ciał gdzieś w kącie poczekalni lotniska. Po krótkim letargu, wzbogaconym o listę hitów muzyki pop puszczanej w tle, pojechaliśmy do naszej pierwszej w Australii couchsurfingowej gospodyni – Stephanie. Na swoim profilu CS uprzedziła, że ma ‚clutter’ (czyt. bałagan). Otóż… tak! Była w tym szczera. 🙂

Te dwa dni spędzone w Darwin upłynęły nam na snuciu się po plaży, wizycie w Muzeum Terytorium Północnego, na targowisku Mindil Beach z rękodziełem i muzyką na żywo. Mimo krótkiego czasu i uciążliwej aklimatyzacji, Darwin wydało nam się przyjemne. Ale okazja na lepsze poznanie jeszcze będzie – przed lotem powrotnym.

Targowisko na Mindil Beach
Powoli wracamy do sił
Pierwszy zachód słońca
Mangrove – świetnie przystosowały się do pory suchej i mokrej; ich spryt polega na tym, że stoją na swoich korzeniach
Kamerdyner Szczudłonogi
Miejska „laguna”

☆ Z powodu licznych zagrożeń  (rekiny, krokodyle, meduzy, silne prądy…) kąpiel w oceanie należy do rzadkości, więc w większych miastach alternatywą jest często przyoceaniczny zbiornik/basen.

14-17 września 2017

Pytanie: ile wynosi dystans w lini prostej Zagrzeb – Darwin, a jaki dystans my przelecieliśmy?

Odpowiedź:  (odpowiednio) 12.909 km versus 21.713 km.        

???

– Taki urok urok TANICH biletów – 4 loty.

Zagrzeb – Londyn – Kuala Lumpur – Sydney – Darwin. Oto nasza trasa.

W sumie trudno policzyć ile nam zajęła ta podróż, bo w podniebnych przestrzeniach kilka razy zmienialiśmy strefy czasowe. Jedno co wiemy to fakt, że wystartowaliśmy 14 września, około 12:30 czasu Chorwackiego, a ostateczne lądowanie miało miejsce 17 września chwilę po północy czasu Darwin.

W każdym razie, po drodze był…

LONDYN

​Pogoda iście angielska. Trochę słońca, ale bez przesady. Trochę więcej deszczu, no cóż. Tęcza że hoho, a nawet dwie.

Spacer szlakiem sztampowych miejsc: Big Ben, London Eye, St. Paul’s Cathedral i (widziany z daleka) Tower Bridge. Ach, no i oczywiście herbata (czyt. bawarka) ☺

Oczywiście Big Ben

Oczywiście St. Paul’s Cathedral

Rzeczona bawarka na Holborn street

W jaki sposób kraj z dwoma kranami podbił pół świata?


 

… no i w końcu:

SYDNEY

Odprawa – trochę z duszą na ramieniu – bo ważą się nasze losy: ostateczna decyzja immigration officers czy nas wpuszczą do Australii.

Uff, udało się!!! Teraz 10 godzin czekania na ostatni lot, do Darwin oczywiście.
Wynurzyliśmy się więc, choćby na chwilę, prosto w ramiona australijskiego słońca, trawiąc ten czas w pobliskim parku i zapoznając się z pierwszymi rdzennymi przedstawicielami tego lądu.

Oto szczypcodziobe
…i kakadu, które drą się jak stare prześcieradła. Sroka przy nich to opera.

***

Ostatni lot 

Trochę niefortunny. Nagromadzone zmęczenie… milion wysiedzianych godzin… jedzenie dobre, acz samolotowe… Siły zaczęły nas opuszczać.

A: czułem, że coś mnie ścięło, czułem się rozpalony i nie mogłem patrzeć na jedzenie  (co w moim przypadku oznacza, że coś jest naprawdę nie tak)
J: ja trzymałam się trochę dłużej, ale i mnie dopadło, już w samolocie. Na wszystkie strony, trochę górą, trochę dołem… aż film mi się urwał. Wspaniali stewardzi szybko postawili mnie na nogi. Ot tyle.

13-14 września 2017

Zagrzeb 

Jeśli łapiecie stopa, żeby dostać się do centrum miasta, a przejezdni kierowcy nie tylko się nie zatrzymują, ale i patrzą na was z pobłażaniem… Znaczy to jedno – jesteście tuż obok.
Lepiej wtedy podjąć pieszą, krótką wycieczkę do celu ?

Miasto czarujące i malownicze, otoczone górami, z tajemniczymi uliczkami i pięknym starym budownictwem. Można się tu snuć i błądzić bez końca.
… a wieczór mile spędzony w towarzystwie naszego couchsurfingowego gospodarza – rehabilitanta i slacklinera -Marco.

Na straganie w dzień targowy… Najstarsza bywalczyni Targu Dolac

 

Jedna z tajemniczych uliczek

 

 

 

 

„Burek” w kilku odsłonach zaliczony mniam mniam am mniam

12-13 września 2017        #km: 1071          #stopów: 6

Poszło gładko, bez zbędnych dłużyzn, oczekiwań i przesiadek.

Na pewno osobliwym doświadczeniem była podróż z Łotyszem jego tirem-domem-sterem-okrętem-i-w-ogóle-wehikułem-czasu sprzed 50 lat. Były tam wszystkie „zapachy” i kurze zebrane z miliona przebytych kilometrów (dosłownie). Słuchając jego opowieści, czuliśmy się jak w „Spaleni słońcem” Michałkowa.

Sowiecki herbatnik rodem ze Sputnika